Sport.pl

Czy Ryan Sullivan pozwoli zarządowi Unibaksu na głęboki oddech?

W piątek toruński klub żużlowy albo odetchnie z ulgą, albo jeszcze bardziej pogrąży się w oczach i tak zirytowanych zamieszaniem kibiców. Pogrążyć może się na tyle, że nie pomoże już mu nawet zatrudnienie jeszcze jednego wiceprezesa odpowiedzialnego za wizerunek zespołu.
Za ewentualny oddech w zaciszu klubowego gabinetu prezesa Mateusza Kurzawskiego będzie odpowiedzialny Ryan Sullivan.

Pewne jest jedno: dziś Australijczyk spotka się z szefem klubu, by porozmawiać o wszystkich niejasnościach z kilku tygodni, a tych jest całkiem sporo.

W tle wszystkich są oczywiście pieniądze. Trudno oceniać Sullivana w kategoriach człowieka łasego wyłącznie na kolejne setki tysięcy złotych - jest zawodowcem, który rzeczywiście się ceni, ale ma do tego solidne podstawy. Dlatego argumentów - jakie można gdzieniegdzie w środowisku żużlowym usłyszeć - iż Australijczyk prowadzi swoją własną finansową wojenkę z klubem nie warto przyjmować. Nie oczekujmy od niego tego, że będzie ryzykował życiem i zdrowiem dla własnej satysfakcji. Jest ciągle znakomitym - choć głównie na Motoarenie - żużlowcem, który dla Torunia ma także pewne znaczenie symboliczne.

I być może dlatego Sullivana tak ubodły klubowe decyzje z ostatnich miesięcy.

Zacząć miało się od ligowego spotkania z Włókniarzem Częstochowa, w którym Sullivan nie wystartował w dwóch ostatnich wyścigach. Miał być to swoisty sposób motywacji dla Australijczyka - zawodził w kilku wcześniejszych meczach, więc został wycofany z końcówki spotkania. I - jak mówi się w środowisku - z tą decyzją nic wspólnego nie miał menedżer zespołu Mirosław Kowalik.

Tak czy inaczej - Sullivan na wycofaniu go z dwóch wyścigów ze słabszym rywalem sporo stracił. Zakładając, że wygrałby te biegi - niespełna 50 tys. zł. Jeśli dodać do tego niejasne relacje z urzędem skarbowym - Sullivan miał błędnie wyliczać należny podatek od wynagrodzeń w Polsce - zrobiło się w Unibaksie drażliwie.

Koniec minionego sezonu Australijczyk spędził na leczeniu kontuzji i choć nie był w pełni zdrowy, zgodził się na starty jesienią. To, że Unibax zdobył brązowy medal Enea Ekstraligi - czym praktycznie udało się zmazać wcześniejsze błędy - było w dużej mierze zasługą Sullivana i jego szarż w Zielonej Górze. To nie przypadek, że już po meczu prosił uradowanych kolegów z drużyny, by go nie podrzucać, bo jest osłabiony.

Przez kibiców Sullivan był - i ciągle jest mimo słabszych wyników na wyjazdach - hołubiony. W klubie wydaje się, że jego pozycja i znaczenie stopniowo spada. Najlepiej czuł się w Unibaksie, gdy menedżerem był zaprzyjaźniony z nim Jacek Gajewski. Gdy ten odszedł z klubu, entuzjazm Sullivana osłabł. Błędem byłoby jednak stwierdzenie, że zmiany wpłynęły na jego przygotowania do sezonu, zaangażowanie. Nie można odmówić Sullivanowi profesjonalizmu - choć wyraźnie przygaszonego w porównaniu do ery Gajewskiego.

Na to nakłada się zimowa decyzja Unibaksu. Skorzystał z zapisu w kontraktach żużlowców i nałożył na tercet Sullivan - Darcy Ward - Adrian Miedziński nakaz spłaty części wynagrodzeń. Wyliczył, jak - w porównaniu do wcześniejszego sezonu - zmieniły się ich wyniki i na tej podstawie wyliczył, ile właściwie powinni zwrócić do klubowej kasy, w której wydatków - choćby na kontrakt Tomasza Golloba - nie brakuje.

Miedziński, jak mówi się nieoficjalnie, już pieniądze zwrócił, choć na początku miał ochotę z klubem wojować - m.in. stąd decyzja o zatrudnieniu prawnika. Sullivan jest uparty. Rację ma ktoś, kto - gdzieś w sieci - stwierdził, iż gdyby nie był Australijczykiem, a Polakiem, to zapewne góralem lub Kaszubem.

Sullivan jest nieugięty. Nie chodzi mu o pieniądze, a o zasady. Sprawę zwrotu pieniędzy uznaje za kompletnie niejasną, więc chce wyjaśnień. I - jak delikatnie zasugerował niedawno - raczej nie od nowego prezesa klubu Mateusza Kurzawskiego. Wolałby spotkać się z właścicielem zespołu Romanem Karkosikiem, z którym przecież całkiem niedawno błyskawicznie doszedł do porozumienia w sprawie kilkuletniego kontraktu.

Dziś Sullivan ma spotkać się z władzami klubu, choć sprawa ma status ściśle tajnej. Kurzawski rozmawiać o jej detalach nie chce.

Problem w tym, że kłopot z Sullivanem nie dotyczy wyłącznie relacji na linii on - Unibax. Australijczyk nie ma zamiaru podpisać aneksu do kontraktu wymuszającego na nim obowiązkowe ubezpieczenie, jakiego wymaga Polski Związek Motorowy, za pośrednictwem spółki organizującej rozgrywki żużlowe.

I tu kolejny detal: orędownikiem tego rozwiązania jest Wojciech Stępniewski, do niedawna szef Sullivana w Unibaksie. Australijczyk pyta więc, dlaczego kontrakt, jaki zawarł w przeszłości, miałby być teraz zmieniany. Czy to oznacza, że umowa zawarta między nim a Stępniewskim w czasach, kiedy kierował on klubem, jest nieważna, a punkt widzenia zmienił się wraz z nową funkcją? Sullivan - słusznie - zwraca uwagę na żelazną regułę prawa: nie działa wstecz. Obowiązkowy aneks zmieniający kontrakt pod tym kątem budzi kontrowersje.

Sprawa balansuje więc na pograniczu prawa, zasad, dobrych obyczajów i public relations. Wymiar sportowy schodzi wręcz na drugi plan, a przecież całkiem realne jest to, że Sullivana w przyszłym sezonie w Unibaksie nie będzie. Wystarczy, że dziś nie dojdzie z klubem do porozumienia.