Sport.pl

Tomasz Gollob: persona non grata w Toruniu. Tylko że bez powodu

Nawet najbardziej zagorzali przeciwnicy Tomasza Golloba muszą przyznać jedno: ma klasę. W przeciwieństwie do przeszłości.
Jego kontrakt w Toruniu to jeden z najgorętszych tematów jesieni i zimy. Nie tylko w Toruniu - już raczej w polskim żużlu. To również kwestia nie tylko sportowa. Raczej sprawa z pogranicza socjologii, marketingu, public relations.

Szalikowcy Golloba zaakceptować nie mogą. Do tego stopnia, że przedstawiciel ich Stowarzyszenia - zaproszony przez klub na konferencję prasową - zadawał mu pytania w sposób nadzwyczaj emocjonalny. Tak, jakby sama odpowiedź była sprawą drugorzędną, a pierwszoplanową - jedynie zdyskredytowanie Golloba, publiczne wyprowadzenie go z równowagi. Celem samym w sobie wydawało się właśnie to, a nie słowa nowego żużlowca Unibaksu.

Im więcej emocji było w słowach młodego mężczyzny, tym większy był spokój Golloba. Nie ma w sobie już nic z nerwusa, który był gotowy przed laty wbiec w sektor torunian i stanąć do pojedynku na pięści. Nie ma w sobie nic z człowieka, który chciał walczyć na pięści z Tomaszem Bajerskim. Nie ma w sobie też nic z człowieka, który potrafił śmiertelnie obrazić się na krytykujących go dziennikarzy lub pisał o pieniądzach z Polskiego Związku Motorowego, iż są one "ścierwem zawieszonym na kiju".

Nazwisko ciągle to samo, człowiek - inny. Gollob jest wyważony, cierpliwy, ceniący samego siebie, ale jednocześnie stosunkowo skromny w porównaniu do mentalności wielu gwiazdeczek polskiego żużla. Nie daje się wyprowadzić z równowagi, a szalikowcami - choć ich szanuje - się nie przejmuje. Tak jak i przeszłością. Bardziej interesuje go to, co będzie się działo z żużlem w Toruniu. Nie zaś to, co już za nim. To główna różnica między nim, a jego oponentami.

Nie wygląda na człowieka, który trafił do Unibaksu tylko po to, by z kolejnego źródła wydobyć parę skromnych milionów złotych. Zresztą nie musi tego robić. Mógłby być 41-letnim rentierem, utrzymywać się z oszczędności, a jako jeden z najbardziej rozpoznawalnych polskich sportowców jeszcze przez lata będzie mógł liczyć na kontrakty sponsorskie. Kontrakt w Toruniu, oczywiście sowity, jest raczej sposobem na osiągnięcie celu (kolejny sezon jazdy), a nie celem samym w sobie.

Warto zwrócić uwagę na to, jak wyglądały kulisy jego negocjacji. Kiedy już ustalił warunki umowy w Toruniu, stawkę podbiła szefowa klubu z Rzeszowa. Gollob nie zmienił zdania dla 100 tys. zł więcej. Ilu z jego krytyków, za podobną cenę, także ceniłoby dane słowo wyżej niż sześciocyfrową kwotę?

Nic w tym nadzwyczajnego? Nie, to ewenement. Tej zimy już kilka klubów przekonało się, iż parędziesiąt tysięcy złotych wystarcza, by danego słowa jednak nie dotrzymać. Gollob nie jest Nickim Pedersenem, którym - za akceptacją Duńczyka - już chwaliła się Polonia Bydgoszcz. By później stracić go, zapewne właśnie za kilkadziesiąt tysięcy złotych więcej, na rzecz Rzeszowa.

I jeszcze jeden detal chłodzący być może rozgorączkowane głowy tych, którym tak zależy na rdzennej "toruńskości" miejskiego żużla.

Gollob potwierdził, że uzależnił kontrakt z Unibaksie od tego, czy nie zajmie w zespole miejsca Adriana Miedzińskiego. Ten w ub. sezonie zawodził, pogrążał się w przeciętności, a jego kontrakt wcale nie jest niski. Gollob wykorzystywać tego nie chce: solidarność żużlowa, dbałość o to, by wychowankowie byli przez lata związani z własnymi klubami była dla niego najważniejsza. To, że Miedziński został w Unibaksie, zawdzięcza Gollobowi.

Warto o tym pamiętać, gdy tego drugiego opisuje się jako pazernego na pieniądze egoistę nieliczącego się z nikim i z niczym.