"Ryan Sullivan? I znów wyszło na to, że Gajewski ma rację"

Z ocenami trzeba wstrzymać się zawsze do końca sezonu - mówi były menedżer żużlowców Unibaksu.
Filip Łazowy: Oglądał pan mecz o brązowy medal w domu czy też wybrał się do Zielonej Góry?

Jacek Gajewski: W domu. Akurat były urodziny córki. Są rzeczy ważne i ważniejsze. Zresztą z tymi urodzinami to jest niesamowita sprawa, bo przyszła na świat w 2008 roku, dokładnie w noc, w którą świętowaliśmy mistrzostwo Polski z Unibaksem. Bardzo się cieszę, że drużyna wywalczyła brązowy medal. Emocje trwały do ostatniego łuku, ale to my mogliśmy się cieszyć ze zwycięstwa w dwumeczu.

Brąz to powód do radości czy też lekkie uczucie niedosytu?

- Hmm. I jedno, i drugie. Patrząc z perspektywy całego sezonu, to trzeba się cieszyć i docenić zespół za taki wynik. Jednak ten półfinał z Tauronem Azotami Tarnów na pewno jeszcze niejednemu śni się po nocach. Szkoda tej rywalizacji, ale tego nie zmienimy. Jest brąz i cieszmy się, że mamy medal.

Najlepszym zawodnikiem Unibaksu w fazie play-off był Ryan Sullivan. Pamiętam, jak parę tygodni temu w rozmowie ze mną powiedział pan, aby z ocenami tego zawodnika wstrzymać się do końca sezonu...

- I znów wyszło na to, że Gajewski miał rację (śmiech). Tu nie chodzi tylko o Ryana, ale o każdego innego sportowca. Z ocenami należy wstrzymać się do końca sezonu. W trakcie rozgrywek wiele osób pisało czy też mówiło, że Sullivan słabo jeździ i trzeba z niego zrezygnować. Już widziano w jego miejsce Jarosława Hampela czy też innego żużlowca. Ciekawe, czy dzisiaj ktoś odważyłby się powiedzieć tak samo. Od lat Sullivan w meczach o stawkę nie zawodzi. Radzi sobie z presją i w najważniejszych momentach można na niego liczyć. Niektórzy sobie w takich sytuacjach nie radzą. Brawa dla Ryana za kapitalną jazdę, ale też i dla całej drużyny. Dzisiaj możemy już tylko gdybać, co by było, jakby Sullivan pojechał w rewanżu z Tauronem Azotami. Ale szanse na finał byłyby znacznie większe.

Już ruszyły spekulacje co do składu Unibaksu na przyszły sezon...

- Niektórzy już się prześcigają w ustalaniu składu. Zarówno pan, jak i ja nie mamy na to wpływu i możemy sobie bez konsekwencji rozmawiać. Są osoby za to odpowiedzialne i one będą musiały zdecydować, jak będzie wyglądała drużyna w przyszłorocznych rozgrywkach. Pan by nic nie zmieniał? Ja chyba też nie. To dobry zespół, który w drugiej części sezonu się rozkręcił. Kontuzje przeszkodziły w uzyskaniu jeszcze lepszego wyniku.

Mówi się, że w 2013 roku znów może pan będzie pracować w toruńskim klubie...

- Ciekawe, skąd ma pan te informacje. Na razie żadnych rozmów nie było. Poza tym jest medal i ja miałbym kogoś zastępować, kto osiągnął sukces?

Ja nie mówię, że zastąpić. Jan Ząbik zajmowałby się młodzieżą, bo świetnie sobie radzi w tej kwestii. Mirosław Kowalik byłby trenerem, a pan menedżerem. Obaj byście panowie wspólnie kierowali zespołem...

- Ciekawa teoria. Powiem tak: kiedy odchodziłem z Torunia, to powiedziałem, że w innym klubie nie będę już pracował. Miałem propozycje pracy, ale ich nie przyjąłem. Moja pozycja finansowa jest stabilna i nie muszę brać niczego na siłę. Mogę też stawiać warunki. Działacze Unibaksu znają mój numer telefonu, ja zawsze odbieram. Jeśliby się pojawiła propozycja, to nie mówię nie. Ale na razie takiego tematu nie ma.

Działa pan w samorządzie, wspiera kilka dyscyplin sportowych w Toruniu. Sytuacja kilku klubów w naszym mieście jest niewesoła. Hokej upadł...

- Jasne, że mnie niepokoi. Potrzeba poważnej debaty z udziałem miasta w kwestii sportu. Za chwilę może okazać się, że dobrobyt był chwilowy, a będziemy mieli ogromne nieszczęście. Hokeja mi bardzo szkoda. Gdzieś wyczytałem, że magistrat wspiera aż 54 dyscypliny sportowe. To ogromna liczba. Ale ważne są priorytety. Warto byłoby zaznaczyć, jakie dyscypliny są najważniejsze i które warto i trzeba wspierać. Trzeba też zakładać, jakie wyniki przez dane kluby mogą być i powinny być osiągane. Trzeba wyznaczać cele. Sport młodzieżowy jest osobną kwestią i tutaj wsparcie jest koniecznością. Jak tak patrzę z boku, to widzę, jak politycy chętnie przychodzą na areny sportów, gdzie jest wielu widzów. Tam się pokazują i przekonują, jakimi to oni są przyjaciółmi sportu. Tam gdzie kibiców mniej, tam i też tych rządzących brak. Na pewno trzeba zareagować na to, co się dzieje w naszym sporcie. Nadeszły takie czasy, że bez pieniędzy to się nie przetrwa. Dlatego trzeba znaleźć rozwiązanie, aby tych pieniędzy starczyło najlepiej dla wszystkich.

Rozmawiał Filip Łazowy