Twardziel Sullivan. Żużel już w sobotę [NOWE FAKTY]

Australijczyk ma zamiar w niedzielę być do dyspozycji trenera Unibaksu podczas półfinału Enea Ekstraligi.
Tylko trzy dni zostały do rozegrania rewanżowego pojedynku półfinałowego Enea Ekstraligi pomiędzy toruńskim Unibaksem a Tauron Azotami Tarnów. Z czasem ściga się Ryan Sullivan, który ma pęknięte dwie kości w dłoni.

Australijczyk doznał kontuzji w poniedziałkowym meczu angielskiej Elite League. Po szczegółowych badaniach lekarskich okazało się, że Sullivan ma pęknięte dwie kości śródręcza. Jeszcze tego samego dnia zawodnik Unibaksu udał się do doktora Briana Simpsona, który specjalizuje się w leczeniu tego typu urazów za pomocą lasera. Dzięki temu zamiast kilku tygodni przerwa w startach może potrwać zaledwie kilka dni. - Ryan we wtorek i środę był na zabiegach. Potem trzeba trochę odczekać i zobaczymy jak to wszystko będzie wyglądało. W sobotę chce wyjechać na tor i potrenować na Motoarenie - powiedział były menedżer Unibaksu, a także prywatnie przyjaciel toruńskiego zawodnika Jacek Gajewski.

O tym czy Australijczyk wystartuje w niedzielnym pojedynku zadecyduje tylko on sam. Działacze z Torunia zdają sobie sprawę z tego, że jeśli Sullivan nie będzie się czuł pewnie na motocyklu, zrezygnuje. - Ryan jest oddany klubowi. To wielki wojownik i będzie chciał nam pomóc. Ale wiem też, że jeśli nie będzie w dobrej dyspozycji, sam nam to powie i nie będzie chciał osłabiać drużyny - powiedział prezes Unibaksu Wojciech Stępniewski.

W 2003 roku Australijczyk miał złamany obojczyk. Wtedy też po kilku dniach wrócił na tor. - On jest twardy. Jak zaciśnie zęby to pojedzie i da z siebie wszystko. Ale jest też rozsądny. Nie będzie ryzykował na siłę. Dla niego najważniejsze będzie w tej chwili dobro drużyny - stwierdził Gajewski.

Sullivan na razie nie chce rozmawiać z mediami i skupia się na leczeniu kontuzjowanej dłoni.

Podobnie jak w poprzednim sezonie znów na ustach całej żużlowej polski jest półfinałowa rywalizacja Unibaksu. - Myślałem, że w zeszłym sezonie, po wydarzeniach w Lesznie, już osiągnęliśmy apogeum ludzkiej bezmyślności. Ale pomyliłem się. Nawet błąd arbitra jestem w stanie wytłumaczyć, bo takie sytuacje się zdarzają. Do tej pory o Piotrze Lisie miałem bardzo dobre zdanie. On najbardziej ucierpiał, choć winny też były inne osoby - powiedział Gajewski.

Atmosferę rywalizacji toruńsko-tarnowskiej w ostatnich dniach podgrzewał menedżer Azotów Tauronu, Marek Cieślak. Szkoleniowiec kadry narodowej nie ukrywał, że winni całej tej sytuacji są torunianie. Twierdził, że działacze Unibaksu naciskali na sędziego, by nie doszło do meczu i że skutecznie utrudniali dotarcie na stadion Gregowi Hancockowi. - Jak to czytałem, nie mogłem uwierzyć. Jestem pewien, że nikt nie robił niczego, by przeszkodzić Amerykaninowi w dotarciu na stadion. Poza tym trener Cieślak niech najpierw sam się uderzy w pierś - powiedział Gajewski. - W 1995 roku jechaliśmy na mecz w Częstochowie. Trenerem Włókniarza był wtedy pan Cieślak. Już od momentu wylądowania na lotnisku Marka Lorama działy się niesamowite sytuacje. Po latach dowiedziałem się, że było to celowe, by uniemożliwić temu zawodnikowi występ w meczu przeciwko Włókniarzowi - powiedział były menedżer Unibaksu. - Mieliśmy trzy kontrole na drodze. Policja oprócz rutynowej, dokładnie sprawdzała samochód i trwało to naprawdę dłużej niż powinno. A kiedy już byliśmy pod samym stadionem, zamknięto nam bramy. Dlatego dziwię się, że ten człowiek teraz opowiada takie rzeczy - stwierdził Gajewski.

Mecz Unibax-Azoty Tauron w niedzielę o g. 17.30. Transmisja w TVP Sport.