Sport.pl

Wyzwania nowego szefa Unibaksu: kibice, ceny, marketing

Choć Wojciech Stępniewski był dobrym prezesem toruńskiego klubu żużlowego, jego następca - ktokolwiek nim będzie - nie dostaje w spadku klubu-samograja, w którym nie trzeba niczego zmieniać.
Rada nadzorcza toruńskiego klubu ogłosiła konkurs na nowego szefa klubu - wymagania to m.in. znajomość Kodeksu spółek handlowych, doświadczenie w zarządzaniu ludźmi - choć zastrzega sobie możliwość jego odwołania w każdej chwili. To oznacza, że, owszem, szuka, ale może mieć już własnych kandydatów.

Ktokolwiek zostanie nowym prezesem toruńskich żużlowców, zmierzy się z kilkoma problemami. Ich rozwiązanie będzie oznaczało rozwój klubu: i sportowy, i marketingowy, i finansowy.



Finanse: spokój jest pozorny

Choć Unibax uchodzi w polskim żużlu za stabilnego bogacza, który na kontraktach z żużlowcami nie oszczędza i jest godny zaufania pod względem wypłacalności, nie można dać się zwieść pozorom. Założenie, że ten klub będzie w stanie zawsze utrzymać wysoki standard tylko dzięki pieniądzom rodu Karkosików, jest błędem. Unibax musi coraz bardziej iść w stronę układu, w którym klub istnieje nie dzięki nim, a średniej wielkości firmom - nie tylko z regionu. Tylko to zagwarantuje mu stabilizację. Nie zakładam, by Roman Karkosik wkrótce miał uznać, że żużel już go nie interesuje - choćby ze względu na biznesowy prestiż.

Stępniewski potrafił wykorzystać to, że Unibax jest traktowany jak niezła forma reklamy - nawet mimo kryzysu popularności żużla w Polsce i Toruniu. To, że klub przyciągał mniejszych sponsorów, nie jest przypadkiem i nie wynika tylko z tego, że szefowie tych firm lubią ściganie paru osób na torze. Tu widać jednak jeszcze spore możliwości. Brakowało w Toruniu choćby wymian barterowych, na których klub mógłby zyskać. Sponsoring Unibaksu zaczął zbytnio ograniczać się do kupna typowych usług promocyjnych. A na barterach - sprzęcie, transporcie, paliwach - mogłaby skorzystać choćby kulejąca mimo wszystko szkółka żużlowa.



Marketing: mniej sztampy

Unibax jest widoczny, rozpoznawalny, choć pod tym względem ciągle ma największe możliwości rozwoju. Internetowa telewizja ruszyła w niezłym stylu, ale jest jej mało. Ogranicza się do klipów z meczów, nie wchodząc w życie Unibaksu głębiej. Brak jej regularności, poszukiwania innych okazji do tego, by zaskakiwać.

Klub po tym, jak media zwróciły uwagę na potężne mankamenty, ruszył kilka lat temu z akcjami promocyjnymi dla kibiców. Były wizyty w szkołach, efektowne prezentacje przedsezonowe, próby zaistnienia w świadomości mieszkańców regionu również w tzw. martwym sezonie. Wszystko było jednak aż nadto sztampowe. Klub musi szukać promocji nietypowej, urządzać medialny show. Kibic w czasach dziesiątek stacji telewizyjnych, nieograniczonych możliwości internetu i mnogości innych atrakcji nie ogranicza się w poszukiwaniu rozrywki tak jak w latach 80. czy 90., gdy niedzielne wyjście po obiedzie na żużel urastało do wydarzenia tygodnia. Unibax jest przez właściciela i radę nadzorczą traktowany nie jak klub sportowy, jakich wiele, ale jak firma sprzedająca emocje, więc i marketing, nęcenie klientów musi traktować priorytetowo.

Nowy prezes toruńskiego klubu musi mieć świadomość, że samą informacją o meczu ligowym i tym, kto będzie po nim do dyspozycji kibiców, tłumów nie przyciągnie. To nie przypadek, że w tym sezonie granicę 10 tys. kibiców udało się przekroczyć wyłącznie podczas spotkania z Polonią Bydgoszcz. I wcale nie dlatego, że torunian elektryzuje wizja derbów, nie dlatego, by pędzili na Motoarenę dla Emila Sajfutdinowa. 12,2 tys. kibiców przyszło na stadion, ponieważ wiedzieli, że to mecz - pod względem oprawy, klimatu retroderbów stylizowanych na lata 80. - inny niż pozostałe. Potencjalnych klientów żużla w Toruniu nie brakuje, ale przyciągnąć ich samą ligą już się nie da.



Bilety: widać pole manewru

Tu inne wyzwanie dla szefa klubu: czy zaryzykować i znacznie obniżyć ceny biletów i karnetów? Dotychczas Unibaksowi brakowało pod tym względem konsekwencji. Jeśli obniżał, to nieznacznie. Klientom, którzy kupowali karnety, oferował zniżki, ale wręcz symboliczne. Chciał udowodnić, że może - kolokwialnie to nazywając - ścinać koszty, ale jednocześnie nie robił tego tak, jak oczekiwałaby druga strona. Oczywiście nonsensem jest założenie, że mecz ligowy można zorganizować wręcz bezpłatnie. Widać jednak w Unibaksie pole manewru. W tym sezonie wyraźnie można zauważyć, że klub ma ok. 6-tysięczną grupę kibiców będących na stadionie niezależnie od warunków: pogody, klasy rywala, terminu. Średnio w 2012 r. na mecze przychodziło ok. 7 tys. Klub satysfakcjonowałoby ok. 10 tys. To bynajmniej nie jest nieosiągalne. Tylu udaje się przyciągnąć w Częstochowie, gdzie nie ma ani w miarę nowoczesnego stadionu, a żużlowcy są raczej powiatowymi wojownikami niż gwiazdami światowego Grand Prix.

W Częstochowie kibice zdają sobie sprawę z tego, że Włókniarz Karkosika nie ma i jeśli oni żużla nie utrzymają sami, upadnie. Z kolei klub wie, że skoro kupują bilety, chcą widowiska. Dlatego tor jest robiony tak, by na nim walczyć. Toruń ogląda zabójczo skutecznego na równej nawierzchni Ryana Sullivana, Częstochowa podziwia ekwilibrystyczne popisy walczącego, jak może, Rafała Szombierskiego. Okazuje się, że żużlowiec "swój", gotowy ryzykować zdrowiem, może być magnesem dla fanów.

Problem w tym, że w Toruniu kibic jest do cna rozpieszczony i jeśli już na stadion przyjdzie, to chce widzieć gwiazdy, a nie symbolicznego Szombierskiego. Unibax nie przyciąga tłumów mimo swoich akcji promocyjnych.

Czas już zaryzykować i zobaczyć, co by się stało, gdyby Toruń oferował bilety znacznie tańsze niż dziś. 10 tys. kibiców za mniej czy 6-7 tys. za więcej? Finansowo - bilans podobny. Jednak zarabia się też na reklamach, sponsorach. A do nich trafi jeden argument: warto być na meczach ligowych klubu widocznym, bo ogląda go nie malejąca grupka, ale coraz większy tłum.



Jakie wyzwania czekają nowego szefa Unibaksu Toruń? Czekamy na e-maile: redakcja@torun.agora.pl

Więcej o: