Sport.pl

Kibole wyzywali żużlowca. "To krytyka, mają prawo"

Wiadomo: po przegranym meczu zawsze ktoś musi być winny. Padło na mnie. Takie życie - mówi Adrian Miedziński. Krajowy lider żużlowców Unibaksu zawodzi oczekiwania i klubu, i kibiców. A jednocześnie - własne.
Jacek Hafka: Trener drużyny Mirosław Kowalik po niedzielnym meczu w Zielonej Górze powiedział wprost, że porażka to pańska wina. Po dobrym początku przyszły dwa słabe biegi w kluczowych momentach spotkania - w biegu 13. i 14. W dwóch ostatnich meczach w sumie zdobył pan siedem punktów. Co się stało?

Adrian Miedziński: Wiadomo - po przegranym meczu zawsze ktoś musi być winny. Padło na mnie i takie jest życie.

Unibax był bliski tego, by zaskoczyć Stelmet/ Falubaz w Zielonej Górze. Przegrał 47:43.

- Początek był dobry, choć nie rewelacyjny. W pierwszej części zawodów wygrałem bieg, w którym zwyciężyliśmy podwójnie. W 9. wyścigu straciliśmy szansę na 5:1, dlatego że nie do końca zrozumieliśmy się z kolegą z pary. Darcy (Ward - red.) chciał mnie "wypuścić" po zewnętrznej, ja jednak nieco się pogubiłem. Moment zawahania wykorzystał świetnie jeżdżący tego dnia Piotrek Protasiewicz i zdołał mnie wyprzedzić. W 13. biegu przegrałem start i nie mogłem zrobić zbyt wiele na trasie, mimo że nie odstawałem od rywali pod względem prędkości. Przed kolejnym, 14. wyścigiem początkowo myślałem, aby wprowadzić pewne korekty w ustawieniu motocykla, ale ostatecznie się na to nie zdecydowałem. Nie chciałem niczego zmieniać, bo nie byłem pewny, czy to coś da. Ta decyzja, co pokazał bieg, niestety nie była słuszna.

Pamiętam, gdy w wywiadzie dla "Gazety" mówił pan o swojej współpracy z psychologiem. Wydawało się, że daje to efekty - do czasu meczu w Bydgoszczy. Odtąd znów jest na torze źle.

- W Bydgoszczy generalnie wszyscy mieliśmy problemy. Nie było tak, jak w Zielonej Górze, gdzie każdy dobrze "wszedł" w mecz. Co do mojej postawy, to muszę powiedzieć, że od dłuższego czasu mam problem ze zdobywaniem punktów na torze Polonii.

Prześledziłem pańskie wyniki od 2005 roku i na 7 meczów praktycznie udał się tam jeden: w 2009 roku w ćwierćfinale ligi zdobył pan w sześciu startach 13 punktów z bonusem. Skąd ten problem?

- No tak. W Bydgoszczy jest po prostu słabo. Być może wynika to z tego, że nie do końca trafiam sprzętowo. A może problem siedzi w głowie. W 2007 roku mieliśmy z Karolem Ząbikiem fatalny wypadek. Nie wiem, nie znam do końca przyczyny moich słabszych występów na stadionie Polonii. Generalnie, jak "zagra", to pojadę na każdym torze. Fakt jest jednak taki, że akurat tam nie mogę się odnaleźć.

Często wspomina pan o problemach ze sprzętem, poszukiwaniu idealnego motocykla i najlepszego ustawienia. Wśród kibiców już mówi się, że zbyt często analizuje pan pracę silników.

- Nie, nie chciałbym zwalać wszystkiego na sprzęt, bo ten, którym dysponuję obecnie, jest dopracowany. Gdzieś wdarła się po prostu jakaś mała niepewność, która nie powinna mieć miejsca.

Co o jeździe i wynikach Adriana Miedzińskiego mogą myśleć kibice?

- Trudne pytanie.

O ile po meczu derbowym skandowali pana nazwisko, dodając otuchy, o tyle po spotkaniu w Zielonej Górze w ogóle pana nie wspierali. Słychać było za to krytykę - trzeba przyznać, że w niezbyt subtelnych słowach.

- Wiadomo, jaki jest kibic - po prostu żąda bezwzględnie sukcesów, wyniku, nie interesują go przygotowania do meczu. Mogę powiedzieć tylko tyle, że to, co w Zielonej Górze wykrzykiwali pod moim adresem (słychać było przekleństwa, wyzwiska - red.) było krzywdzące. Nie chciałbym jednak z tego powodu "bić piany". Muszę się skupiać na tym, by jechać dobrze. Cały ten sezon nie jest dla mnie rewelacyjny.

Delikatnie powiedziane.

- Są wzloty i upadki. Na pewno tegoroczne wyniki to nie jest to, na co mnie stać. Pozostaje mi dobrą jazdą pokazywać, że wszystko jest OK, a nie wdawać się z kibicami w polemikę. Kibic może krytykować, takie jest jego prawo. A ja mam jeździć. Chcę się skupić na końcówce sezonu. Ciągle mamy o co walczyć.

Unibax przegrał dwa ostatnie mecze. Czeka go jeszcze wyjazd do Gdańska i bardzo trudny mecz na swoim torze z Gorzowem. Wierzy pan jeszcze w play-off?

- Najgorsze jest to, że w tej chwili nie wszystko zależy od nas. Awans do play-off mieliśmy na wyciągnięcie ręki, sami mogliśmy go wywalczyć, a nie liczyć na potknięcia przeciwników. Oczywiście, że jest jeszcze taka szansa. Pod warunkiem, że Częstochowa wygra u siebie z Lesznem [w pierwszym meczu było 49-41 dla Leszna - red.], a my zwyciężymy w dwóch następnych spotkaniach. Powtarzam: szansa jest, ale musimy też czyhać na słabszy dzień lesznian.

Czy szalikowcy mają prawo do niewybrednej krytyki zawodowych sportowców?
Więcej o: