Sport.pl

Żużlowy menedżer zmienia zdanie. Junior? Nie panienka

To Kamil Pulczyński uratował nam w derbach punkt bonusowy. Udowodnił też, że jest profesjonalnym zawodnikiem i nie ulega presji. Mogliśmy postawić na doświadczenie Adriana Miedzińskiego, ale zdecydowaliśmy się na Kamila - mówi menedżer Unibaksu.
ROZMOWA Z MIROSŁAWEM KOWALIKIEM, MENEDŻEREM ŻUŻLOWCÓW UNIBAKSU TORUŃ

Filip Łazowy: Po meczu Unibax - Polonia w Toruniu menedżer bydgoszczan, a pana były kolega z toru Robert Sawina, powiedział: "Mirek zapomnij o bonusie". Okazało się, że jeden punkt udało się wyrwać w biegach nominowanych. Sukces?

Mirosław Kowalik: Tak, "złapaliśmy" rywali w samej końcówce, bo wcześniej wyglądało to bardzo źle. Patrząc na to, jak pojedynek się kończył, odważę się powiedzieć, że byliśmy lepszą drużyną. Mogliśmy wygrać to spotkanie. Jednak kiepski początek i kontuzja Emila Pulczyńskiego już w pierwszym biegu zdecydowały o tym, że walczyliśmy tylko o bonus, a nie zwycięstwo. Plan minimum został wykonany. To jednak nie znaczy, że jestem zadowolony. Wręcz przeciwnie. To derbowy pojedynek i wszyscy chcieliśmy bardzo wygrać.

Co stało się na początku spotkania? Gospodarze w pierwszych biegach znokautowali Unibax.

- W wyścigu młodzieżowców wyszliśmy ze startu na 5:1. Niestety, później upadł Emil i bieg został przerwany. Moim zdaniem winy naszego zawodnika w tym upadku nie było. Najgorsze było jednak to, że doznał wstrząsu mózgu i później nie mógł już startować. Sam nawet potem powiedział, że nie pamięta nawet, jak wrócił na parking, i musiał pojechać do szpitala na badania. A przecież Emil bardzo lubi i potrafi jeździć w Bydgoszczy. Myślę, że zdobyłby podobną liczbę punktów jak jego brat Kamil (7 - red.). Wtedy pewnie rozmawialibyśmy w znacznie innych nastrojach.

Na początku sezonu mówił pan o Kamilu, że jeździ jak panienka. Miał pan do jego formy spore zastrzeżenia. Mocne słowa podziałały?

- Podziałały. Zarówno do Kamila, jak i Emila to trafiło. Obaj walczą wreszcie na torze i zabrali się ostro do pracy. W ostatnich spotkaniach obaj udowodnili, że naprawdę mają duże umiejętności. Muszą tylko umieć je potem wykorzystać na torze. Widać, że chcą i pracują nad sobą. Kamil pokazał charakter. W 14. biegu w pięknym stylu na dystansie wyprzedził Roberta Kościechę i to on uratował nam ten punkt bonusowy. Takie jest moje zdanie. Kamil udowodnił też, że jest profesjonalnym zawodnikiem i nie ulega presji. Mogliśmy postawić na doświadczenie Adriana Miedzińskiego, ale zdecydowaliśmy się właśnie na Kamila. Jest juniorem, ale nas nie zawiódł. Za to spotkanie brawa dla niego.

Żużlowcy Unibaksu na pierwszym łuku zachowywali się często jak amatorzy. Dlaczego doświadczeni zawodnicy wciąż powielali swoje proste błędy?

- Trudno mi na to pytanie odpowiedzieć. Kilka razy powtarzaliśmy kwestię dotyczącą rozegrania pierwszego łuku. Niestety, nie ustrzegliśmy się błędów. Dopiero w końcówce zawodnicy zorientowali się, jak należy jeździć, by zwyciężać. Było jednak za późno na to, by odwrócić losy pojedynku. Porażka boli, ale trzeba walczyć dalej. Zostały nam cztery mecze i nadal mamy duże szanse na miejsce w pierwszej czwórce i walkę o jeden z medali.

Zaskoczyła pana skromna liczba widzów na trybunach? To już nie ten klimat, gdy - w latach 90. - pan sam walczył w derbach bydgosko-toruńskich.

- Niestety. Czasy się zmieniły i wszędzie spada liczba widzów na trybunach. Trudno mi znaleźć przyczynę tak małej liczby (6 tys. - red.) kibiców na tym spotkaniu. Nawet połowa miejsc na stadionie nie była zajęta, a przecież to był świetny mecz i odwieczna wojna bydgosko-toruńska. Na pewno szkoda, bo dla tej dyscypliny lepiej byłoby, gdyby więcej ludzi przychodziło na mecze. Przecież to dla nich walczy się na torze. Ale z drugiej strony - to był wtorek, sporo osób jest na urlopach. Tak próbuję sobie to wytłumaczyć.

Więcej o: