Toruń przepłaca za żużel, a liga tnie wydatki jak może

Choć ekscytujący swoją jazdą w tym sezonie Chris Holder jest w lidze znakomity, w 2013 r. zarobiłby znacznie mniej niż w aktualnym. Zarobi jednak sporo. Choć liga robi co może, by ścinać wynagrodzenia żużlowców, Toruń będzie nadal krainą mlekiem i miodem (oraz pieniędzmi) płynącą.
Wspólnicy spółki Speedway Ekstraliga - a w zasadzie szefowie klubów startujących w rozgrywkach, bo to one są udziałowcami - tną wydatki jak tylko mogą.

Jeszcze w maju ustalili, że według nowego regulaminu finansowego roczny limit wydatków zespołu miał nie przekraczać 4,5 mln zł. Już wtedy żużlowcy podnieśli larum podkreślając, że nie są w stanie - przy mniejszych pensjach - odpowiednio przygotowywać się do meczów. Tym bardziej, że stawki za punkty miały być uzależnione od ich średniej meczowej z tegorocznego sezonu, zaś pieniądze za popisy pod kontraktami otrzymywać mieliby tylko najsłabsi.

Pierwsze analizy nie zostawiały złudzeń. Najlepsi żużlowcy zarobiliby w ten sposób nie więcej niż... 1 mln zł. Dla żużlowych bogaczy to kwota niemalże - stosując terminologię z "Killera" - "na waciki". Liderzy rankingów byli w stanie w sezonie uzbierać nawet ok. 3 mln zł.

Im bardziej protestowali zawodnicy i ich związek zawodowy, tym bardziej nieugięci byli ich szefowie. I postawili na swoim bardziej, niż ktokolwiek mógłby się spodziewać.

W czerwcu jeszcze bardziej zmienili stawki wynagrodzeń dla żużlowców - za zdobywane punkty o kilkadziesiąt proc. Limit wydatków klubowych spadł z majowych 4,5 mln zł do ledwie 3!

Skończą się 2013 r. czasy tajnych wynagrodzeń dla zawodników - będą ustalane na podstawie jawnej tabeli i wyników KSM dla poszczególnych żużlowców.

Lider torunian Chris Holder według stanu na 1. lipca ma średnią KSM 9,80 i w 11. meczach zdobył w sumie 147 punktów wraz z bonusami. Co to oznaczałoby dla niego w kontekście przyszłego sezonu? KSM 9,80 powoduje, że klub nie mógłby mu zapłacić przed rozpoczęciem sezonu ani grosza tzw. przedpłaty. Za punkt zarabiałby w 2013 r. od 1,9 tys. do 2,6 tys. zł. 147 punktów, jakie zaliczył w dotychczasowym sezonie dałoby mu teraz maksymalnie 380 tys. zł. Zakładając, że Unibax jest na półmetku sezonu - czeka go jeszcze niemal cała runda rewanżowa i ewentualne spotkania play-off - Australijczyk utrzymując obecną, bardzo dobrą formę może skończyć rozgrywki z ok. 0,9 mln zł zysku. Jeszcze boleśniej zmiany regulaminu odczułby Ryan Sullivan. Australijczyk jeździ w tym sezonie znacznie gorzej niż w poprzednim. Po 11 meczach ma KSM 7,93. Dzięki temu w nowym sezonie mógłby liczyć na wsparcie od klubu i do 40 tys. zł przed sezonem, ale jego wynagrodzenie za punkty byłoby raczej skromne w porównaniu do najlepszego okresu kariery - od 1,5 do 2, 1 tys. zł. Takich problemów (i obniżek) w Unibaksie jednak nie będzie, bo - jak zastrzega liga - "w przypadku posiadania przez klub kontraktów wieloletnich podpisanych przed wejściem w życie regulaminu, limit wydatków na zawodnika nie obowiązuje do czasu ich wygaśnięcia". Niedozwolone jest jednak przedłużanie kontraktów wieloletnich na kolejne sezony.

Żużlowcy Unibaksu - w przeciwieństwie do wielu innych ligowych kolegów z torów - mogą się zmianami nie przejmować, bo przed sezonem podpisali z klubem prawdziwe umowy życia. Trzyletnie, ze stałą kwotą, całkowicie niezależne od odgórnych regulacji ligi. I przede wszystkim wyższe niż w ub. sezonie, kiedy i tak można było ich pozazdrościć.

Unibax podpisał z liderami - Holderem, Sullivanem, Darcy Wardem, Adrianem Miedzińskim - lukratywne kontrakty choć sam klub przyznaje, że wydatki, jakie wiążą się z budową zespołów ligowych są już absurdalne.

W październiku ub. roku wszystkie te kontrakty negocjował w błyskawicznym tempie, praktycznie w jeden wieczór, sam właściciel drużyny Roman Karkosik. W "Pulsie Biznesu" mówił wtedy: - Ostatnio [żużlowcy - red.] domagali się podwyżek. To ja negocjowałem. Niewielkie, ale dostali.

To był wstrząs dla krajowego żużla, bo torunianami zainteresowanych było kilka klubów. Karkosik w "PB" mówił: - W Polsce panuje nieprawdopodobna moda na żużel. Jest wielu sponsorów, mocno angażują się miasta. W rezultacie budżety klubów rosną o 30 proc. rocznie. Najwyższe wydatki są związane z opłaceniem zawodników. Ci sami żużlowcy, jeżdżąc w lidze angielskiej, zarabiają znacznie mniej w niż w Polsce. Nic dziwnego, że wszyscy chcą jeździć u nas. Liga próbuje ograniczyć tę tendencję, ale się nie udaje.

Nie udaje się od kilku lat - m.in. ze względu na fałszywość deklaracji w polskim żużlu. Próby ograniczania wynagrodzeń zawodników podejmowano wiele razy. Zawsze bez skutku: wystarczało kilku prezesów klubów, którzy wyłamywali się z ustaleń podpisując klauzule do kontraktów, albo oferując zawodnikom horrendalne kwoty na "przygotowania przedsezonowe". Teraz ma być inaczej.

Problem z pieniędzmi odczuwalny jest nawet w Toruniu, choć klub uznawany jest za najbardziej stabilny w Enea Ekstralidze.

Dziś - w porównaniu do roku 2007, kiedy zaczynały się rządy Karkosika w Unibaksie - budżet klubu powiększył się o ponad połowę. Stało się tak mimo kryzysu gospodarczego, ograniczania firmowych budżetów na marketing. Jak przyznaje szef Unibaksu Wojciech Stępniewski "na tę podwyżkę składają się przede wszystkim wynagrodzenia dla zawodników".

Polskie kluby coraz bardziej stają się ograniczone od pieniędzy swoich prezesów. Nie udaje się w nich tworzyć szerokiego grona sponsorów, za to działalność najczęściej opiera się na pojedynczych magnatach. W Toruniu tak jest z Karkosikiem, który drużynie osobiście nie szefuje. W Rzeszowie i Lesznie klubami kierują właśnie sponsorzy - nadzorująca Marmę Marta Półtorak oraz Józef Dworakowski z firmy Agromix. Co stałoby się, gdyby ktokolwiek z nich zrezygnował nagle ze wspierania klubu żużlowego? W ub. roku Stępniewski w "Gazecie" przyznawał: - Przy tak rosnących budżetach wątpię w utrzymanie stabilności finansowej bez zaangażowania sponsora tytularnego.

Podpisanie w październiku 2011 r. trzyletnich umów z liderami zespołu było dla żużlowego Torunia: