Unibax ma menedżera, który w dyplomację się nie bawi

Jechał jak panienka - z niesmakiem ocenił jeden z wyścigów Kamilu Pulczyńskiego menedżer toruńskich żużlowców Mirosław Kowalik. Jest ostry jak brzytwa. Krytykuje, chwilami ironizuje, nie jest typem dobrego wuja. I bardzo dobrze. Właśnie takiego człowieka Unibax potrzebuje
To jest wejście w toruński żużel - powrotne, po karierze zawodniczej - z wielkim hukiem. Menedżer Kowalik - człowiek jakby nie patrzeć bez wielkich sukcesów w roli trenera - jest podobny jak Kowalik-zawodnik. Bezkompromisowy, trochę idący pod prąd, ostry, nie bawiący się w dyplomację. Świetnie. To dobrze, że Unibax ma kogoś pośredniego między Jackiem Gajewskim a Sławomirem Kryjomem.

Unibax, zatrudniając kolejnych menedżerów, decyduje się na przeróżne rozwiązania. Gajewski - niewątpliwie żużlowy fachowiec jakich w Polsce mało - to typ czasami krnąbrnego doradcy, który być może bywa niezbyt miły, ale na tej dyscyplinie zna się znakomicie. Jedynym problem w tym, że w Unibaksie był i menedżerem, i kolegą. Kierował składem zespołu, decydował o ustawieniach jednocześnie nie ukrywając tego, że jest bardzo zaprzyjaźniony z Ryanem Sullivanem i czuje się odpowiedzialny za rozwój kariery Darcy'ego Warda. Sytuacja była co najmniej niezręczna.

Sławomir Kryjom, następca Gajewskiego, miał być człowiekiem z zewnątrz. Trafił do Torunia z Leszna, gdzie w Unii pracował przez lata. Zaangażowania odmówić mu nie można. Jednak oczekiwania - były większe. Mentalnie Kryjom sprawiał wrażenie nijakiego - brakowało mu umiejętności wstrząśnięcia drużyną, wprowadzenia elementu zaskoczenia, mobilizacji.

Teraz Unibax postawił na Kowalika. To trochę zabieg marketingowy - młody trener to idol setek fanów pamiętających go jeszcze z czasów toru przy Broniewskiego.

Kowalikowi nijaki na pewno nie jest. Tylko w ciągu kilku tygodni zdążył powiedzieć sporo ciekawego. Nie uznaje kurtuazji i unikania drażliwych tematów. O zespole mówi wprost.

O braciach Emilu i Kamilu Pulczyńskich - że "wszyscy ich zagłaskali". - Wielkie gwiazdy z nich zrobili, a naprawdę wychodzi teraz, że mają braki - ocenia. Mateusz Lampkowski to dla niego "zawodnik, któremu dużo brakuje do bycia rezerwowym". Ostatnio nie krył swojego zaniepokojenia Karolem Ząbikiem. - Wydawało się, że idzie gdzieś w dobrym kierunku. Nie wiem, czy sam na sobie wywołuje presję, że popełnia tak wiele błędów - ocenia.

Dostało się też Adrianowi Miedzińskiemu - za to, że w sparingach robi sporo testów motocykli, co przekłada się na jego słabe wyniki. - Byłem zły na niego, że delikatnie psuje sobie nazwisko - stwierdził Kowalik.

W środowy wieczór, kiedy oceniał jazdę braci Pulczyńskich w półfinale eliminacji krajowych do mistrzostw świata, też daleko mu było do dyplomacji. - Kaml - poza pierwszym biegiem, w którym jechał jak panienka - pokazał, że ma przysłowiowe coś między nogami i wyglądało to dobrze - podsumował menedżer Unibaksu.

To dobrze, że Kowalik jest krytyczny, kontrowersyjny, czasami balansujący na granicy dobrego smaku. Jeśli Unibax ma w tym sezonie ma być czymś więcej niż przeciętną ekipą, której znów czegoś zabraknie do złota, potrzebuje drużynowego szefa. Człowieka bezkompromisowego, dążącego konkretnie do celu i nie patrzącego na klubowe sympatie. Takim wydaje się być teraz Kowalik.

Wystarczy już w toruńskim klubie cieplarnianych warunków i zapewniania zawodnikom ptasiego mleczka. Teraz trzeba im tylko kogoś, kto będzie potrafił wydobyć z nich wszystko, co najlepsze. Nawet jeśli będzie to robił w mało dyplomatycznym stylu Kowalika.

Jak krytyka Kowalika wpłynie na zawodników Unibaksu?