Sport.pl

Dylematy, ksero, praca. Taki był sezon koszykarzy

Trener toruńskich koszykarzy odsłania kulisy prowadzenia półamatorskiego zespołu, który awansował do I ligi. "Przychodzi gracz z pracy na trening. Zmęczony. Szef go wkurzył, jest zirytowany. Wraca do domu, już nie ma w nim życia. Jak ma się jeszcze uczyć zagrywek?".
Rozmowa z Grzegorzem Sowińskim

Paweł Rzekanowski: Początek tej dekady: Grzegorz Sowiński jest graczem toruńskiego zespołu, który żegna się z ekstraklasą, traci kibiców, sponsorów. Dziesięć lat później Grzegorz Sowiński jest trenerem drużyny, która awansuje do I ligi. I ma: i sponsorów, i kibiców, i perspektywy. Podwójna satysfakcja?

Grzegorz Sowiński, trener SIDEn / Polskiego Cukru: Może to zabrzmi dziwnie, ale wtedy kiedy schodziłem z tego okrętu jako kapitan, ostatni, bez pieniędzy, bez publiczności, powiedziałem sobie jedno. Patrząc ostatni raz na halę po meczu kończącym sezon powiedziałem sobie, że jeszcze kiedyś tutaj wrócę. Choćby nie wiem co - wrócę. I będzie inaczej.

Wrócił pan jako trener. Niezwykle emocjononująco reagujący na to co się dzieje w grze. Pomysł na mobilizację zawodników?

- Będąc na parkiecie ma się przeciwnika i piłkę. Ma się cel, można w bardzo prosty sposób wyładować wszelkie emocje.

Trener już nie ma się jak wyładować?

- Jeśli jest się trenerem, każdą decyzję trzeba przemyśleć. Wszystko może mieć wpływ na zespół, trzeba przewidzieć czy moje emocje mogą wpłynąć na graczy. Czy wyładować swoje nerwy? Czy zespół pobudzić? Czy wręcz stonować, pochwalić mimo słabszej gry? To jest zupełnie inna praca.

Kiedy prowadzi się zespół amatorów trzeba uważać na każde słowo?

- Praca szkoleniowca ma w sobie dużo z aktora. Trzeba bardzo czuwać nad intonacją głosu, nad sposobem przekazywania emocji. A czasami trzeba coś zrobić specjalnie - wbrew temu, co się czuje.

W Szkole Trenerów prowadzonej przez Polski Związek Koszykówki jest sporo zajęć z psychologii. II-ligowy koszykarz przychodzi na trening lub mecz po pracy, jest zmęczony. Są tacy, do których lepiej trafi ciepłe słowo, i ci, na których lepiej zadziała przekleństwo?

- To nie tylko chodzi o mentalność. Mając do dyspozycji zespół nieprofesjonalny - ludzi, którzy pracują - nie ma możliwości prześledzenia, monitorowania tego, co dzieje się z nimi poza drużyną. Np. tego, co stało się akurat w pracy. Czasami dowiaduję się tego po treningu. Przychodzi gracz i mówi mi: <>. Mieliśmy takie momenty w ostatnim sezonie, to bardzo ciężkie. Mam niewielkie doświadczenie, wszystkiego się sam uczyłem. Tego nikt mi nie odbierze. To olbrzymia wiedza o współpracy z zawodnikami w niełatwych okolicznościach - i dla mnie, i dla nich.

Trener jest między młotem a kowadłem: ma utrzymać dyscyplinę w zespole, a jednocześnie rozumie, że nie można od amatorów wymagać stuprocentowego profesjonalizmu?

- Czasami komunikacja w drużynie była prosta. "Coach, nie mogę przyjść na trening. Muszę zostać w robocie, dowiedziałem się pięć minut temu" - słyszałem. I trening - na pięć minut przed jego rozpoczęciem! - był przekreślany, bo miało przyjść dziesięciu chłopaków, a było dziewięciu. Ja - lub mój asystent Maciek Wiśniewski - musieliśmy się przebrać. Tak trenowaliśmy, takie były realia.

Irytujące. Kibica na trybunie nie interesują zwykle kulisy. Żąda zwycięstw, gry na poziomie. Słynnego profesjonalizmu.

- Czasami byłem strasznie wkurzony na to wszystko. Takie nieobecności - to całkowicie rujnowało plan wszelkich działań na treningu i tego, co chciałem przygotować. I o ile w sezonie zasadniczym - kiedy mieliśmy jeden mecz w tygodniu - dało się do tego powrócić, tak w play-off czy przed barażami jeśli czegoś nie zrobiliśmy, nie było szans, by do tego wrócić.

Mieliście w ogóle czas na to, by np. zrezygnować z zajęć w hali i przeznaczyć czas na to, by usiąść i porozmawiać o taktyce najbliższego rywala? Lub obejrzeć nagranie z jego meczu?

- Nie było możliwości, by siedzieć dwie godziny przed treningiem i coś analizować. Albo zastąpić tym trening.

Skąd zawodnicy wiedzieli jak mają grać, co potrafią ich rywale?

- Mieli wszystko rozrysowane. Robiliśmy analizy na kartkach.

Rozmawialiście o tych spostrzeżeniach?

- (Sowiński zdziwiony) Były kserowane, każdy dostawał je do domu. I musiał się z tym zapoznać.

A jeśli tego nie robił?

- Wiadomo, że polegałem na profesjonaliźmie chłopaków. Ale i też rozumiałem, że trzeba wszystko pogodzić. Kiedy byliśmy na treningu i ktoś czegoś nie wiedział, musiałem to zaakceptować. Przychodzi facet z pracy o 16, o 17.30 jest trening. A kiedy wraca po zajęciach do domu ma już właściwie dosyć życia. Czy mogę się dziwić, że czasami się komuś już nie chciało śledzić tych moich zapisków na kartkach? Wolał się pobawić ze swoim dzieckiem. I co mam na to powiedzieć? Właśnie w takich realiach pracowaliśmy. I to jest dla mnie całkowicie zrozumiałe.

Awans wywalczony w iście partyzanckim stylu. Tym bardziej, że w połowie sezonu klub zdecydował się na rewolucję. Rozwiązano kontrakt z najlepszym statystycznie zawodnikiem - Hubertem Radke - bo, jak mówi się w kuluarach, były niesnaski między nim, a drużyną. Wtedy zastąpili go Dawid Przybyszewski i Arkadiusz Kobus - gracze ciekawi, ale nowi w zespole. Jak wytłumaczyć drużynie, że przychodzi ktoś z zewnątrz i "odbiera" innym minuty?

- Tylko, że nikt nie brał pod uwagę - z całym szacunkiem dla ich osób - że ci goście prawie rok nie grali w koszykówkę. Nikt nie zwracał uwagę na tę ich przerwę! Słyszałem: "Oooo, Przybyszewski, Przybyszewski! Oooo, będzie Kobus. Ale będą teraz grać!". My nie szastamy pieniędzmi, zatrudniamy za tyle, ile mamy. Nie wnikam w finanse klubu. Zrezygnowaliśmy z Huberta, przyszedł za niego Dawid i stać nas było na niskich pozycjach na wzmocnienie rotacji Kobusem. Ja patrzyłem przede wszystkim na budżet - i dla mnie i dla prezesa było jasne, że nie wydamy ani złotówki więcej niż mamy. Choćby nie wiadomo, kto miałby do nas przyjść! Po to, by nie było tak, że przed najważniejszymi meczami chłopaki nie dostają swoich ciężko zarobionych pieniędzy.

Było w drużynie kilku graczy zatrudnionych na zawodowych zasadach. Ale bohaterem najważniejszych meczów sezonu był Tomasz Lipiński - dzielący treningi z normalną codzienną pracą.

- Wielki szacunek. Ja mogę używać tylko jakiś górnolotnych słów. Pełna profesura. Potrafił dostosować swoją grę - jako lidera w poprzednich latach - do potrzeb zespołu. To bardzo duża zaleta. To olbrzymia pomoc dla trenera, kiedy nie musi zawodnikowi tłumaczyć nowych realiów. Jeśli ktoś jest liderem i oddaje "z karnetu" 20 rzutów z gry - bo może - to niełatwo zmienić jego rolę. Jeśli ktoś to potrafi, staje się zawodnikiem wypełniającym konkretną rolę na boisku, to jest właśnie pełen profesjonalizm. Nawet jeśli faktycznie na co dzień pracuje.

To był sezon, w którym Toruń widział zespół koszykarzy w kategoriach drużyny zawodowej, gdy ta faktycznie była półamatorską. Nie ma pan już ochoty zająć się - choćby na miesiąc - czymkolwiek innym niż zespół, klub, sezon?

- Nie mam przesytu. To moja pasja. Od 12 roku życia, kiedy pierwszy raz spotkałem się z trenerem Ryszardem Szczechowiakiem, który szkolił mnie w podstawówce. Tak było też w szkole średniej. Wszystko mogło się dziać, ale trening był najważniejszy. Jak miałem się spotkać z przyjaciółmi, to spotykałem się o 16. Później szedłem na trening i wracałem o 20. Jestem o tyle szczęśliwym człowiekiem, że moja pasja jest moją robotą. O zawodzie trudno tu mówić. Trenerem się bywa. To co osiągnęliśmy w tym roku - biorąc pod uwagę wszystko co się działo, a o czym dotychczas nie mówiliśmy - to coś wielkiego.



KOMENTARZ PAWŁA RZEKANOWSKIEGO

Przez cały sezon nikt z zespołu nie szepnął choćby słowa o niełatwych II-ligowych realiach. O dylematach, kserowanych analizach, problemie jak pogodzić pracę z pasją. Nikt nie narzekał, nikt się nie skarżył. Tak rozpoznaje się sportowych twardzieli. Nie marudzą na pogodę. Nie narzekają na okoliczności. Zaciskają zęby, robią swoje. A kiedy osiągają sukces, doceniają go bardziej niż inni.

Więcej o: