Sport.pl

Anielska "Krzyżakomania". Czy kibice wrócą na Motoarenę?

Jeszcze żadnej zimy klub w Toruniu nie walczył o zainteresowanie fanów tak bardzo jak w ostatnich miesiącach. Nieprzypadkowo: w mieście czuć było przesyt żużlem. Czy uda się to zmienić?
Tuż po zakończeniu ostatnich rozgrywek lokalna "Gazeta" pisała to miejskiej drużynie sposobie zarządzania żużlem przez klub: "To był sezon, w którym kibic został sprowadzony do roli klienta: ma kupić bilet, obejrzeć mecz i wyjść. Jeśli Unibax się nie zmieni, Toruń straci jeden ze swoich symboli".

Wskazywaliśmy problem Unibaksu. "Najbardziej pozytywnym momentem tego sezonu było letnie uderzenie pięścią w stół, jakie niespodziewanie zrobił właściciel drużyny Roman Karkosik. Odkąd przejął zespół, sprawiał wrażenie możnego pana, łaskawie spoglądającego od czasu do czasu na tor z perspektywy luksusowej loży na Motoarenie. Tak jakby - co w przypadku mistrza giełdowych analiz mogłoby się wydać dziwne - nie interesowało go, na co wydawane są jego pieniądze. Kiedy latem, po serii fatalnych meczów Unibaksu, postawił kompromitującej się wtedy drużynie ultimatum - albo awans do półfinału, albo rewolucja w składzie - pokazał, że nie jest mu wszystko jedno. Szkoda, że zrobił to tak późno.

Coraz większym problemem Unibaksu jest precyzyjne określenie tego, czy ma on być klubem wyłącznie nastawionym na zysk, czy też spadkobiercą wielkiej żużlowej tradycji Torunia, co zobowiązuje do utrzymania pewnych standardów. Klub - co do tego nie mam żadnych wątpliwości - był w tym sezonie świetnie zarządzany pod względem finansowym. Kiedy drużyny Ekstraligi cięły wydatki, obawiały się bankructw, w Toruniu panował spokój. I wcale nie ze względu na zaplecze finansowe Karkosika. Unibax nie podpisywał wysokich kontraktów, zyski i straty bilansował tak, że choć kibiców na stadionie czasami było zaskakująco niewielu - a to oni pozostają największym sponsorem klubu - nie miał kłopotów z płynnością finansową.

Problem w tym, że właśnie pieniądze stały się w klubie najważniejsze. Klub - zdając sobie sprawę z tego, że żużel w Toruniu jest czymś więcej niż sportem - powinien kultywować tradycję. Tymczasem w 2010 r. był właściwie niczym multipleks: od czasu do czasu zapraszał na projekcję, ponaklejał na słupach kilka plakatów, przy wejściu zainkasował od Kowalskiego kilkadziesiąt złotych, wyświetlił film i czekał, by tenże Kowalski z kina wyszedł, by można było wynieść jego pudełko po popcornie i pustą butelkę po napoju. Kupionego wyłącznie na stadionie i oczywiście za horrendalne kwoty - tak jak w multipleksach."

Unibax ruszył do kibicowskiej ofensywy. - Zdajemy sobie sprawę z tego, że poprzednia zima nie była pod tym względem idealna. Teraz chcemy być widoczni, chcemy się przypominać kibicom także w okresie, kiedy nie ma rywalizacji - mówił szef Unibaksu Wojciech Stępniewski.

I tak zaczęła się "Krzyżakomania".

Pod tą nazwą kryje się kampania, jaką zaczął klub, by Motoarena znów tętniła życiem. Założenie proste: wyjść do kibiców, a nie siedzieć w parku maszyn.

Najbardziej widoczny efekt - zawodnicy, działacze i trener Jan Ząbik byli zimą gośćmi w kilkunastu szkołach. Nie tylko w Toruniu, ale i regionie. Zawitali nawet na teren byłego województwa bydgoskiego. O żużlu i zespole z Torunia opowiadali m.in. w Gniewkowie.

Unibax - widząc, że zarzuca się mu coraz większą hermetyczność - otworzył się na kibiców. Zaprosił ich na spotkanie w Dworze Artusa. Zorganizował także huczną prezentację na Rynku Staromiejskim. Ta przyciągnęła tłumy i pokazała, jak wielkie może być w Toruniu zainteresowanie rywalizacją żużlowców. Kiedy zawodnicy Unibaksu przyjechali na marcową prezentację wypożyczoną długą limuzyną, oklaskiwało ich około trzy tysiące fanów: mężczyzn, kobiet, dzieci.

Dla Unibaksu to sygnał, że znów możliwe są tłumy na toruńskim obiekcie. W ub. sezonie średnio na meczu w Toruniu było nieco ponad 7 tys. kibiców. W porównaniu z pierwszym rokiem działalności Motoareny spadek był ogromny - wcześniej przeciętnie na meczach bywało nawet ok. 12 tys. fanów. Wielu z nich nazywano jednak "kibicami stadionu" - pachnąca nowością Motoarena kusiła także tych, którzy nie są regularnymi widzami na żużlowych obiektach.

Teraz możliwa jest powtórka. W nowym sezonie Unibax będzie startował na Motoarenie już zadaszonej - stadion za 10 mln zł zostanie wyposażony w dach, który ma chronić nie tylko kibiców, ale i tor. Takie obiekty żużlowe na świecie to rzadkość - można więc przypuszczać, że również w tym sezonie Motoarena będzie jednak przeżywała oblężenie.

Ilu z okazjonalnych kibiców Unibax zatrzyma na dłużej? - Będziemy walczyć o każdego kibica - zapowiada Stępniewski.

Jednak żużel to niezmiennie droga rozrywka.

Przed rokiem za Złote Karty w Toruniu (karnet, miejsce na samochód, wejście do parku maszyn) płacono 1,5 tys. zł. Za Srebrną (bez miejsca na auto) - 1,3 tys. zł. Karnet normalny na trybunę kosztował 900 zł, na strefę niebieską - 370 i 320, a na zieloną 350 i 320 zł. Teraz Złotych Kart już nie ma. Srebrna kosztuje tyle samo - 1,3 tys. Za karnet na trybunę zapłacić trzeba mniej - 800 zł. Spadły też ceny na strefę niebieską (310 i 290 zł dla posiadaczy karnetów w ostatnim sezonie, 270 zł i 250 zł - ulgowe) oraz zieloną (290 i 250 zł).

Jak toruńskie ceny wyglądają na tle innych klubów - nie tylko z ekstraligi, ale i niższej klasy?

W Lesznie najdroższy karnet na trybunie głównej to wydatek 500 zł. Aż o 300 mniej w porównaniu z tym proponowanym przez Unibax, jednak uprawnia do wejścia na siedem spotkań rundy zasadniczej i pierwszy mecz rundy play-off. Jeśli więc Unia będzie walczyła o medale mistrzostw Polski, trzeba się liczyć z dodatkowymi kosztami. Zakładając już w rundzie zasadniczej bilety na sektor numerowany kosztują 70 zł, w najważniejszych spotkaniach sezonu cena może przekroczyć 100 zł. Wtedy okaże się, że koszt karnetu w Lesznie jest zbliżony do toruńskiego.

Podobnie z karnetami normalnymi. W Lesznie wejściówka na siedem spotkań rundy zasadniczej - bez play-off - kosztuje 210 zł. Unibax wycenił taki karnet, ale już na wszystkie imprezy, na 310 zł.

W Rzeszowie pakiet VIP Gold - karnet na wszystkie imprezy na stadionie Stali, miejsce na parkingu, programy zawodów - kosztuje 750 zł. Teoretycznie odpowiednikiem rzeszowskiego VIP Gold jest toruńska Srebrna Karta. Jest dużo droższa - kosztuje 1,3 tys. zł. Co w zamian? Oprócz miejsca na trybunie głównej - bezpłatny program zawodów, wejście do parku maszyn na 60 minut przed imprezą i po jej zakończeniu. Dla porównania: w Rzeszowie bogatszy pakiet - numerowane miejsce na trybunie głównej i miejsce parkingowe, a także gadżety - kosztuje 500 zł.

Najtańsze karnety w Toruniu są nieco droższe od tych, jakie obowiązywać będą w I-ligowym Gdańsku. Tam za takie wejściówki w zależności od czasu kupna trzeba zapłacić 225 lub 250 zł.

Tysiąc złotych nad morzem kosztują karty Super VIP. Koszt mniejszy niż w Toruniu. Co w zamian? Wstęp na wszystkie imprezy organizowane przez Wybrzeże, stałe miejsce na trybunie honorowej, podobnie jak przypadku Unibaksu wstęp do parku maszyn, catering i darmowy wjazd na parking.

Ci, którzy chcą obejrzeć wszystkie mecze Unibaksu w Toruniu muszą się więc liczyć z niemałym wydatkiem.

Szansą na pełne trybuny na Motoarenie są także plany TVP Sport. Ta w najbliższym czasie ma zamiar pokazać tylko jedno spotkanie Unibaksu na swoim torze. Zaprezentuje starcie z 4. rundy - 1. maja Unibax podejmie mistrza Polski Unię Leszno. TVP pokaże za to jego trzy mecze wyjazdowe - niedzielny w Zielonej Górze oraz w Tarnowie z Tauronem (8 maja) oraz w Gorzowie ze Stalą (29 maja).

Więcej o: