Sport.pl

Jaguś: "Nic wspólnego z żużlem". Teraz rolnictwo

"Z żużlem nie chcę mieć już nic wspólnego. Nie myślę o nim. Było, minęło, po co do tego wracać". Wiesław Jaguś, wieloletni lider toruńskiej drużyny, nie ma zamiaru już angażować się w zespół i tę dyscyplinę sportu. Po 19 latach kariery chce ograniczyć kontakt ze sportem do minimum.
Jaguś - symbol dwóch ostatnich dekad w toruńskim żużlu, zawodnik reprezentujący miejski klub nieprzerwanie od 19 lat - jesienią skończył karierę. Poinformował o tym na Motoarenie, udzielił wtedy kilku wywiadów, w których nie chciał mówić o szczegółach swojej decyzji.

Ograniczał się wtedy jedynie do informacji, iż "czuje się wypalony". Teraz udzielił wywiadu "Magazynowi Sportowemu Tempo". W jego wypowiedziach odczuwalna jest niechęć do żużla.

- Już o nim nie myślę, i jeśli pan o tym chce rozmawiać, to ja za bardzo nie mam ochoty - powiedział na początku wywiadu dla "Tempa" Jaguś.

W wywiadzie tłumaczył przyczyny rozstania z Unibaksem: - Chciano mi dać gorszą umowę niż przed rokiem, bo jeździłem ostatnio słabiej. Działacze podeszli więc do sprawy logicznie, ale ja uznałem, że za mniejsze pieniądze to już wyniku nie zrobię. I dlatego podziękowałem. Mam za co żyć, na siłę niczego nie muszę robić.

Szczerze mówił o tym, jak czuł się w trakcie ubiegłorocznego sezonu, gdy jeździł fatalnie. Choć miał być jednym z liderów drużyny, zaliczał spotkania, w których zawodził najbardziej ze wszystkich zawodników Unibaksu.

- To pana frustrowało? - pyta "Tempo".

Jaguś przyznał, że irytowało go to, iż stracił pozycję lidera zespołu. - Ogromnie (frustrowało - red. GW). Całe życie byłem liderem, a teraz nagle stałem się drugim do pary, dodatkiem. I tak sobie jeździłem, ale wewnątrz cały się gotowałem. Moja ambicja była coraz bardziej podrażniona. "Wiesław, to ci nie przystoi" - myślałem sobie. Doszło do mnie, że jeszcze jeden taki sezon, u ludzie zapomną o wojowniku, a zapamiętają faceta, który rozmienia się na drobne.

Jaguś w wywiadzie wyznał, że żałuje, iż dla kariery żużlowej musiał się przeprowadzić ze wsi do Torunia. Teraz znów wrócił do swojej - jak to określił - "pustelni". W rozmowie z "Tempem" wyznał, że nie ocenia siebie jako człowieka towarzyskiego. - Po każdym meczu klapy na oczy i do domu. Co tu dużo gadać, starałem się i staram się unikać ludzi. W żużlu nie zawsze się tak da, ale ja próbowałem być jak najczęściej sam. Z tego powodu najgorsze były starty w Grand Prix. To duży show, a ja nie lubię być na świeczniku.

Teraz nie ma zamiaru już angażować się w działalność toruńskiego klubu. Nie będzie też dzielił się swoim doświadczeniem jako szkoleniowiec czy chociażby doradca, prawdopodobnie tylko sporadycznie będzie gościem na Motoarenie podczas meczów Unibaksu. Szanse na to, by w przyszłości -wzorem innych byłych kolegów klubowych - brał udział w zawodach dla weteranów czy wyścigach pokazowych są niewielkie.

Jaguś już definitywnie zadecydował, że chce teraz poświęcić się pracy na roli. Od kilku lat gospodarstwo prowadzi jego młodszy brat, Marcin - on kiedyś również próbował zrobić karierę na żużlu. W przeciwieństwie do starszego z Jagusiów - bez efektów. - Wiedziałem, że prędzej czy później zostawię motocykle i wyciągnę z garażu maszyny rolnicze. Przez kilka ostatnich lat uprawa ziemi była tylko moim hobby. Żyłem z żużla, a dochody z pola marchewki to było raptem kilkanaście procent w domowym budżecie - powiedział "Tempu" Jaguś.

Z mechanikami, którzy towarzyszyli mu przez lata już się rozstał - będą teraz współpracowali z braćmi Emilem i Kamilem Pulczyńskimi. Swój sprzęt żużlowy weteran toruńskiej drużyny już w większości sprzedał. Część rzeczy przekazał do toruńskiej szkółki żużlowej. Zostawił sobie jedynie kask i kombinezon - tak, by mieć w czym zaprezentować się w marcu podczas swojego oficjalnego pożegnania z torem żużlowym. Już zadeklarował, że zrobi tylko rundę honorową - nic więcej.

Najbliższe plany? Rozwój gospodarstwa. Jaguś chce oprócz marchwi zasiać zboże.



FELIETON PAWŁA RZEKANOWSKIEGO

CISZA, BEZ ROZGŁOSU. LEGENDY MAJĄ DOŚĆ.

Wywiad z Jagusiem - szczery, bez lukrowania - nie pozostawia wątpliwości: po 19 latach reprezentowania toruńskiego klubu symbol toruńskiego zespołu definitywnie się z ze speedway'em żegna.

Nie chodzi tu o symboliczne zakończenie kariery, ale po prostu odcięcie się od żużla. Chirurgiczne, bezapelacyjne. Jaguś mówi wprost, że nie chce mieć z nim już nic wspólnego.

Toruń ma za sobą już podobną historię. Podobieństw między nim a Wojciechem Żabiałowiczem widzę pod tym względem mnóstwo.

Obaj - wielcy żużlowcy toruńskiego klubu.

Obaj - jego symbole.

Obaj - żużlowi technicy, mistrzowie balansu ciałem, spryciarze umiejący tak się ścigać, by pokonać rywala z finezją na torze.

Tak, jak teraz Jaguś deklaruje, że z żużlem nie chce mieć już nic wspólnego, tak i kilkanaście lat temu powiedział to Żabiałowicz.

Po tym, jak skończył karierę, został trenerem. Stracił posadę szkoleniowca toruńskiego klubu w niejasnych okolicznościach. Dziś wspomina się, iż zniechęcił się do tego sportu po tym, jak nagle wyniki toruńskiego zespołu nie były takie jakich oczekiwano, a niektórzy zawodnicy niespodziewanie - współpracując z Żabiałowiczem - zaczęli popadać w przeciętność.

Później jeszcze znakomity żużlowiec próbował prowadzić zespół z Grudziądza, ale i w tym przypadku miał dość. Aż w końcu uznał, że z nikim już swoim bogatym doświadczeniem dzielić się nie ma zamiaru.

Od żużla się odciął, na stadionie właściwie nie bywa, przez lata w ogóle nie chciał rozmawiać o czarnym sporcie. Żabiałowicz mógł być postacią, która stanowiłaby dla Torunia pomost między żużlem lat 80., a czasem komercyjnego speedway'a lat 90. Ale jego nazwiska i autorytetu nie wykorzystano. Stało się to, co jest niedopuszczalne np. w zachodnich klubach piłkarskich. Tam legendy się kultywuje, dba o to, by czuły się komfortowo.

Żabiałowicz zajął się rozwojem swojego biznesu transportowego, motocykl zamienił na deskę surfingową i - ostatnio - narty. Mieszkanie na Rubinkowie - na domek w ciszy pod Toruniem. To też podobne do Jagusia. Nie chce rozgłosu, nie chce być kojarzony jako Żabiałowicz-idol z lat 80.