Sport.pl

Upadek Igora Griszczuka. Legenda niszczy się sama

Nie mam wątpliwości: czas na to, by trener Anwilu Igor Griszczuk albo sam zrezygnował z prowadzenia drużyny, albo by męską decyzję podjął zarząd klubu. Włocławka nie stać na to, by tak marnować człowieka-legendę, niszczyć życiorys swojego sportowego symbolu
Włocławek, kilkanaście lat temu. Czwarta nad ranem. Autokar przywozi pod halę - stary, MOSiR-owski obiekt zwany "kurnikiem" - koszykarzy Anwilu.

Przegrali właśnie we Wrocławiu mecz decydujący o mistrzostwie kraju. Griszczuk - wtedy jeden z najlepszych zawodników ligi - wychodzi smutny, załamany. Uśmiecha się, kiedy zauważa ponad tysiąc osób czekających na zawodników. - Igor, Igor! Nic się nie stało - skandują.

Włocławek, jesień 2010 roku. Griszczuk jako trener drużyny zalicza kolejną porażkę, nie ma taktycznego pomysłu na zespół, na konferencjach prasowych tłumaczy się niezmiennie stwierdzeniami, iż "jego zawodnikom zabrakło charakteru i dlatego przegrali".

Kibice z niego kpią. Ilu z nich kilkanaście lat temu go oklaskiwało?



Człowiek-legenda. Jak długo?



Widziałem kiedyś w Griszczuku człowieka, który może być znakomitym trenerem. Sprawiał wrażenie, że potrafi płynnie zmienić się z wielkiego zawodnika w pomysłowego, charyzmatycznego szkoleniowca.

Ten sezon dobitnie pokazuje, że jest inaczej. Pomysłów Griszczuk nie ma. Charyzmę myli z agresywnością, a za sposób motywacji uważa krzyk. Nie, nie jest wielkim trenerem. A co gorsze - przestaje być również wielkim zawodnikiem.

Kariera graczy nie kończy się wraz z tym, gdy ją kończą. Tkwią w świadomości tysięcy kibiców, stają się legendami, urastają do miana lokalnych bohaterów. To zdarza się tylko najwybitniejszym.

I to udało się osiągnąć we Włocławku Griszczukowi. W latach 90. dzieciaki na betonowych boiskach nie chciały być gwiazdami NBA, a Griszczukiem. To jego nazwisko wypisywano na murach. To o Griszczuku kibice w hali śpiewali "Igor to jest potęga / Igor najlepszy jest / Igora trzeba szanować". To twarz Griszczuka przez lata widniała na wielkiej reklamie zakładów Anwil przy wyjeździe z Włocławka.

Kiedy niespełna dziesięć lat temu kończył karierę koszykarską widziałem, jak starszy mężczyzna (wcale nie wyglądający na romantyka) na trybunie rozpłakał się podczas oglądania krótkiego filmu o Griszczuku stworzonego przez kibiców. Co trzeba zrobić, by tę wielkie uczucie - jakie jest jednak rzadkością w zawodowym sporcie - zniweczyć? Zmienić w irytację, zniechęcenie,?

Griszczuk zostając trenerem Anwilu bardzo zaryzykował. To nie kwestia pracy, pieniędzy. To raczej kwestia nazwiska, renomy, lokalnej sławy.

Spróbował, odważnie - w swoim zawodniczym stylu - podjął się trudnej misji. I przegrał.



Anwil szokuje słabością



Dziś Griszczuk jest trenerem-niechcianym. Życzy mu się porażek, które szybciej doprowadzą do jego końca w Anwilu. Wytyka się jego kolejne wady.

O przeszłości nikt już nie wspomina.

Legenda Griszczuka jest zastępowana przez smutną rzeczywistość. Tę, w której latem - jako szkoleniowiec reprezentacji Polski - w niezwykły wręcz sposób przegrywa eliminacje do mistrzostw Europy. Tę, w której jesienią - już tylko jako trener Anwilu - przegrywa mecze z drużynami teoretycznie słabszymi.

To, jak źle w tym sezonie gra Anwil pod kierunkiem - choć to określenie na wyrost - Griszczuka jest szokujące dla osób zdających sobie sprawę z personalnego potencjału kujawskiej drużyny.

Pod względem kadrowym we Włocławku udało się latem zbudować zespół jakiego nie było od lat. Zawodnicy rezerwowi Anwilu z powodzeniem mogliby być podstawowymi. Wicemistrzów Polski stać na to, by tylko dublerem był Chris Thomas - gracz, który właśnie zaliczył dwa dobre sezony w najsilniejszej w Europie lidze hiszpańskiej. W Anwilu rezerwowym jest Erick Hicks - dwa lata temu statystycznie najlepszy center ligi. Trener włocławian w ogóle nie wykorzystuje w czasie meczów ogromnych możliwości Dardana Berishy: największego ofensywnego talentu polskiej koszykówki od lat.

Moc ławki rezerwowych w Anwilu jest imponująca, ale niewykorzystana przez trenera.

Griszczuk nie jest szkoleniowcem schematycznym. Nie zaskakuje, okazuje się trenerskim konserwatystą jakby poruszającym się tylko w określonych ramach myślenia o koszykówce. Nie ma w nich miejsca na świeżość, nieprzewidywalność, element zaskoczenia. Gracze zostali z pseudotaktyce Griszczuka zdegradowani do roli trybików w maszynach. I to w sezonie, w którym Anwil - jak nigdy! - ma zawodników lotnych, swobodnych, kreatywnych.

Berisha - koszykarz który musi mieć piłkę w dłoniach, by wykorzystać swoje talenty - biega po parkiecie niczym jeździec bez głowy, bo jego trener owych talentów nie zauważa. Stipe Modrić - gracz wszechstronny, pomysłowy, ale niezbyt dobrze rzucający z dystansu - w taktyce Griszczuka jest zmiennikiem Nikoli Jovanovicia, więc ma za trzy punkty rzucać i basta.

Anwil ma w tym sezonie szkoleniowca, który nie dostosowuje taktyki do swoich graczy. To graczy próbuje dostosować do schematu, który opracował i uważa za niepodważalny. W ten sposób wszysko co cenne w Anwilu jest zmarnowane.



Ja, a nie drużyna!



Grzechem Griszczuka są też emocje. Niestety nerwy Griszczuka biorą górę nad rozsądkiem. Tak było już wiosną, w ub. sezonie. Kiedy Anwil walczył w ważnym meczu play-off, w którym wręcz dramatycznie potrzebował szybkości i sprawności swojego skrzydłowego Mujo Tuljkovicia, ten przesiedział spotkanie na ławce rezerwowych. Tylko dlatego, że w chwili emocji nie zgodził się z trenerem. Anwil przegrał, bo Tuljković - w ramach kary - mecz oglądał jako kibic. To był wyraźny sygnał: dla legendy włocławskiej koszykówki własna osoba jest ważniejsza niż dobro drużyny.

Anwil stał się dla niego poligonem, na którym - niczym generał - notorycznie chce udowadniać swoją wyższość nad szeregowymi. Łaja ich, chwilami wrzeszczy - wszystko bez konstruktywnych uwag. Nie tego oczekuje się od trenera wielkiego - takie ma w Polsce aspiracje Anwil - zespołu. Kilkanaście dni temu były gracz włocławian Robert Skibniewski stwierdził, że ten zespół potrzebuje psychologa. Trafił w sedno.

Sam Griszczuk zaczął funkcjonować niczym w oblężonej twierdzy. Kilka lat temu Jerzy Polak - nieżyjący już szef Radia W - opowiadał anegdotę. Kiedyś po udanym meczu Griszczuka-zawodnika podszedł do niego z mikrofonem. Pokazał na innego zawodnika, bo "on lubi udzielać wywiadów". "I szelmowsko jeszcze mrugnął okiem i z uśmiechem dodał: - Ja przecież za wywiady biorę dużo kasy" opowiadał wtedy Polak.

Dziś to tylko wspomnienie o Griszczuku swobodnym, rozluźnionym. Teraz to kłębek coraz bardziej splątanych nerwów.



Szkoda niszczyć przeszłość



To, jak szybko Griszczuk z włocławskiej legendy stał się obiektem kpin jest przygnębiające.

Można to zatrzymać. Griszczuk może jeszcze tkwić w świadomości włocławian jako najlepszy koszykarz miejskiej drużyny w historii, jako gracz, który dał tysiącom fanatycznych kibiców ogromną radość.

Nie musi kojarzyć się z męczarniami ligowymi, porażkami z przeciętnymi drużynami. Nie musi kojarzyć się z brakiem pomysłów, błędami taktycznymi.

Na swoje nazwisko i uwielbienie sportowego Włocławka pracował kilkanaście ciężkich lat. Żal tracić to wszystko w kilka miesięcy.

Kilkanaście dni temu Griszczuk w trakcie jednej z konferencji prasowych zasugerował, że "być może zespół przegrał, bo trener jest słaby". Zabrzmiało to nieco ironicznie - tak, jakby był przeświadczony o tym, że wszystko robi idealnie, a wina leży w niedziałających odpowiednio trybikach jego maszyny. Nie, maszyna jest dobra, tryby mocne i wartościowe. Ale inżynier zawodzi i nie ma pomysłu na to, jak je rozruszać.

I dla Anwilu, i dla Griszczuka najlepszym teraz rozwiązaniem jest rozstanie.

Griszczuk potrzebuje klubu, w którym nie będzie pod taką presją, jak we Włocławku. Potrzebuje miejsca, gdzie nie będzie musiał zmagać się z własną legendą.

Zawsze na parkiecie był graczem odważnym i podejmującym mądre decyzje. Teraz przydałyby się one do tego, by nadal we Włocławku był postacią wyjątkową.

Więcej o: