Sport.pl

Wspomnienie po Rose: wielki talent II ligi

Jak wielką gwiazdą byłby dziś żużlowiec, który w całym sezonie przegrałby tylko jeden wyścig i w rozgrywkach osiągnął niewiarygodną wręcz średnią 2,97 pkt. na bieg?
Ogromną. To praktycznie nieosiągalne. A w 1967 r. właśnie tak rywalizację w polskiej II lidze zdominował Marian Rose.

W całej historii toruńskiego żużla nie było większego zawodnika. I to choć nigdy nie miał okazji zaprezentować się w I lidze. Pierwszy raz do klubu przyszedł w 1958 r. Był 25-letnim instruktorem jazdy, poprosił o szansę startów. Na motocyklu szybko upadł, ale wszyscy byli zgodni - miał talent. Szybko trafił do składu ówczesnej Stali. Trenował z taką zaciętością, że z żółtodzioba stał się jej liderem i rutyniarzem. Miał wielkie wyczucie żużla, wiedział jak zdobywać przewagę na torze.

W 1961 r. jako pierwszy torunianin zadebiutował w finale indywidualnych mistrzostw Polski. Stopniowo robił na torze coraz większą karierę, szybko trafił do kadry narodowej. Tak w 1964 wytypowano go do startu w finale drużynowych mistrzostw świata w niemieckim Abensbergu. Skończyło się bez medalu, ale Rose miał powody do zadowolenia - był wśród najlepszych krajowych zawodników, choć startował zawsze tylko na zapleczu I ligi. Został nawet rezerwowym w światowym finale indywidualnym rozgrywanym w Anglii, na Wembley.

W Polsce oczarowywał tysiące kibiców. Rekord toruńskiego toru w jednym roku bił kilkakrotnie - w ciągu trzech miesięcy aż o trzy sekundy.

Aż przyszedł rok 1966. Rose został mistrzem świata - był liderem polskiej drużyny, która we Wrocławiu wygrała w finale imprezy. Popisowo pokonał w jednym z wyścigów wielkiego Ove Fundina - pokazał wtedy idealne "nożyce", zmylił w ten sposób Szweda, który już nie był w stanie doścignąć zawodnika Stali. Z rywalami wygrywał bez problemów.

Do czasu serii kontuzji, po których rozważał zakończenie kariery sportowej. Nie zdecydował się jednak - magia żużla była zbyt duża.

Za duża. 19 kwietnia 1970 r. Rose miał być liderem Stali w meczu w Rzeszowie. Wyjechał do startu w 1. wyścigu, tradycyjnie był na początku najszybszy. Ale na wirażu nie opanował motocykla, wpadł głową prosto w drewnianą bandę. Dwóch zawodników zdołało go ominąć. Ostatni, o nazwisku Happ, nie potrafił.

Choć Rose został szybko odwieziony do szpitala, zmarł. Jan Ząbik, który miał startować tuż po nim, w programie zawodów napisał tylko: "Godzina 15:15 - Marian Rose nie żyje".

Pogrzeb był wyjątkowy - Toruń wyglądał tak, jakby ktoś wyciszył całe miasto. Kondukt żałobny miał kilka kilometrów, szło w nim ponad 50 tys. ludzi. Były delegacje wszystkich klubów żużlowych w Polsce, a trumnę nieśli zawodnicy Stali. Ceremonii towarzyszył warkot motocykli żużlowych.

Później rozgrywano memoriał im. Rosego - skończył się, gdy zabrakło pieniędzy na jego organizację. Ku pamięci został tylko napis nad stadionem. W listopadzie 1994 r. obiekt przy Broniewskiego nazwano im. Mariana Rosego. Podobnie jest teraz z Motoareną.

Tekst na podstawie wspomnień ze strony www.speedway.hg.pl