Sport.pl

Prezes Anwilu: "Zabiłbym spikera". A pracownika "będę zaraz... j..."

"Powiedziałbym słowo, które się nie nadaje do powiedzenia na antenie... Słowo na "j", co będę z nim robił..." - tak decyzje jednego z pracowników swojego klubu ocenił po sobotnim meczu PLK prezes Anwilu Włocławek Zbigniew Polatowski.
"Zabiłbym spikera, za to, że mówił o tych 21 punktach Andrzeja!"

Tak wypalił w jednym z komentarzy po sobotnim meczu ze Stalą Stalowa Wola prezes Anwilu Zbigniew Polatowski.

Skąd problem?

Spotkanie było podwójnie wyjątkowe. Andrzej Pluta, najlepszy strzelec Anwilu, jeden z najlepszych rzucających w historii PLK i były reprezentant Polski, był tuż przed przekroczeniem granicy 8 tys. zdobytych punktów w ekstraklasie. Brakowało mu 21. Stąd spiker informował kibiców o tym, że mogą być świadkiem historycznego wydarzenia. Nie udało się, Pluta skończył na 17 pkt.

Polatowski się zirytował. W serwisie Youtube jest film, na którym daje upust swojej złości:

"Zrobiłem już reprymendę swoim pracownikom za to, że pozwolili spikerowi to mówić. Andrzej nie myślał o niczym innym, jak zdobyciu 20 punktów. Tego się nie robi. To jest największa szkoda dla Andrzeja Pluty i dla drużyny".

Polatowski płynnie przeszedł do innej kwestii.

"Tak samo, jak inna sprawa, o której spiker mówi, a przez którą Łukasza Pszczółkowskiego (pracownik działu marketingu i reklamy - red.) będę zaraz... Powiedziałbym słowo, które się nie nadaje do powiedzenia na antenie... Słowo na "j", co będę z nim robił..."

Chodzi o współpracę klubu z jednym ze sponsorów, lokalną firmą odzieżową. Produkuje m.in. garnitury. Kibicom zaproponowała dodatkowe emocje - taki procentowy upust przy kupnie swoich towarów, jaka będzie różnica punktowa między Anwilem, a Stalą. Skończyło się na 14 punktach przewagi gospodarzy. Sporo, ale mogło być lepiej. Ale nie dla rozwścieczonego prezesa Polatowskiego: "Jak można takie rzeczy mówić przez spikera w czasie meczu! To zmusza drużynę, do czego? Że wygrana pięcioma punktami byłaby niedobra? Graliśmy o wygraną, nie spodziewamy się, by ze Stalową Wolą decydowały małe punkty. Chodzi o wygraną. Nie można się dekoncentrować na tym, żeby wygrać jak najwięcej. Lub żeby ktoś dostał 5 zł więcej na majtkach, które sobie kupi, czy na garniturze".

Komentarz Pawła Rzekanowskiego, dziennikarza "Gazety Wyborczej":

PLK NIE NBA, ANWIL NIE LAKERS

W Los Angeles na meczach słynnych Lakers działający w hali Staples Center znany fastfood "Jack in the box" zwykle przed początkiem spotkania ogłasza - w porozumieniu z klubem - że jeśli tylko gospodarze zwyciężą, a ich rywal zgromadzi mniej niż 100 punktów, wszyscy kibice otrzymają kupony na darmowe tacos, jedno z dań kuchni meksykańskiej. I zwykle w czwartych kwartach takich meczów żądni zwycięstwa i głodni fani zamiast "Let's go Lakers" krzyczą w niebogłosy na ten sam rytm: "We want tacos" - "Chcemy tacos".

Nieformalna zasada jedzeniowa obowiązuje też z większości innych hal NBA. Niedawno skrzydłowy Toronto Raptors Hedo Turkoglu trafił za trzy punkty na koniec meczu z Washingon Wizards, przekroczył tym samym granicę 100 punktów swojego zespołu, i zapewnił kibicom w hali ACC bezpłatne pizze. Były brawa, nawet mimo porażki. Gra o tacos, pizze jest zabawna. Ale jak bardzo angażuje kibiców w wynik!

Kiedy w NBA któryś z zawodników ma szansę pobić jakikolwiek klubowy rekord, zespół pracuje na to, by osiągnął cel. Do tego stopnia, że wynik schodzi na drugi plan. Tak, schodzi na drugi plan - bo w NBA jest świadomość, że mecz ligowy, sport, to również show, zabawa, radość dla kibiców z obcowania z czymś naprawdę historycznym.

Kiedy rozgrywający Dallas Mavericks Jason Kidd niedawno zaliczał asystę za asystą i był blisko tego, by awansować w rankingu najlepiej podających obrońców w historii ligi, w kilku meczach z rzędu nie chciał rzucać nawet wtedy, kiedy był sam na sam z koszem. Szukał wręcz na siłę partnerów - ku uciesze widzów, partnerów z drużyny, nawet właściciela drużyny, multimilionera Marka Cubana. Kiedy na początku tego roku rozgrywający Portland Trail Blazers Steve Blake wyrównał rekord asyst w jednej kwarcie - miał imponujących 14 w zaledwie 12 minut gry - zrobił to tylko dlatego, że choć był wyraźnie zmęczony, kosztem wyniku trener nie zdejmował go z parkietu. Bo zdawał sobie sprawę, że jego zawodnik stoi przed szansą na zrobienie czegoś wielkiego, a kibice - przecież dla nich jest zespół - zaczną świętować.

Tak się robi show i buduje fenomen najlepszej koszykarskiej ligi świata. Ale NBA to nie PLK. A Lakers czy Mavericks to nie Anwil Włocławek.

13-0 Prokomu. Kto zastąpi Pape Sowa? »