Ligowy żużel 2010: będą spore zmiany

Oto pomysły na żużlową Ekstraligę'2010: punktowy handicap dla rozstawionych zespołów po sezonie zasadniczym, plandeki osłaniające tor, rezerwowa sucha nawierzchnia. I kalendarz zbliżony do tegorocznego.
Rozmowa z Ryszardem Kowalskim

Paweł Rzekanowski: Czy to był najlepszy rok w historii ligowego żużla? Mnóstwo spotkań w telewizji, doskonałe wyniki oglądalności, średnio kilkanaście tysięcy kibiców na trybunach.

Ryszard Kowalski, szef spółki Ekstraliga Żużlowa: Wydaje mi się, że ten rok był lepszy od poprzedniego i na pewno nie musimy się go jako Ekstraliga wstydzić. Dążymy do tego, by frekwencja na wszystkich stadionach była coraz większa. System rozgrywek, który został przyjęty, mimo wszystkich uwag, sprawdza się od kilku lat. I to właśnie on powoduje wzrost frekwencji na stadionach. W tym roku udało nam się przedłużyć umowę z TVP na kolejne trzy lata, co w obecnej sytuacji ekonomicznej na rynku i zmian w kierownictwie telewizji trzeba ocenić jako spore osiągnięcie.

Tylko że w żużlowej beczce słodkiego miodu jest też łyżka - a może i nawet kilka - dziegciu. System rozgrywek ocenia pan bardzo optymistycznie. A ja nie. Jaki przywilej za zwycięstwo w sezonie zasadniczym miał w drugiej rundzie rozgrywek toruński Unibax? Żadnego. Pół sezonu walczy się tylko o prestiż.

- Ale właśnie system play-off powoduje wzrost emocji i zainteresowania rozgrywkami do samego ich końca. Szanse są wyrównywane, a rywalizacja właściwie zaczyna się od nowa. Tak jak w każdym sporcie zespołowym, tak i u nas, handicap jest widoczny w niektórych punktach regulaminowych. Chociażby w tym, że mecz na torze zespołu niżej sklasyfikowanego zawsze odbywa się jako pierwszy. Tak jak w finale - gospodarzem decydującego meczu był Unibax, co było premią za postawę w całym sezonie.

Dziś zespoły są tak wyrównane, że własny tor to niewiele.

- Może i mniej niż kiedyś, ale jednak nie jest dziś bez znaczenia. Także dla kibiców. Nie ma systemu całkiem "sprawiedliwego", a zasada play-off jest taka, że szanse są po prostu wyrównywane.

Patrzę na play-off wszędzie tam gdzie jest rozgrywany i widzę, że jego istotą nie są dwumecze - jak np. w finale Unibax - Falubaz - tylko nieparzysta liczba starć, która wyłania zwycięzcę. Dlaczego w Ekstralidze nie można zorganizować półfinałów i finałów według zasady: trzy mecze, dwa na torze wyżej rozstawionego zespołu, walka toczy się do dwóch zwycięstw. To i ciekawsze, i bardziej sprawiedliwe - wtedy faktycznie jest o co walczyć w sezonie zasadniczym.

- Pomysł takiej formuły play-off był rozpatrywany już rok temu. Kluby jednak nie do końca były przekonane do takiego rozwiązania. Zwłaszcza, czy formuła trójmeczu będzie korzystna dla nich pod względem ekonomicznym. Dwumecz jest pewniejszy i stabilniejszy zarówno pod względem planowania terminów, jak i finansowo. W tym roku będziemy rozważać handicapy dla zespołu wyżej rozstawianego - doliczy się mu w ten sposób punkty w dwumeczu. Już nad tym pracujemy i myślę, że decyzja będzie pozytywna. Oczywiście ten handicap nie będzie tak duży, by przesądzić o wyniku, ale z drugiej strony - bardziej doceni wysiłek włożony w wyniki uzyskiwane podczas rundy zasadniczej. Musi być on tak ustalony, by premiował, a jednocześnie nie zabijał sensu rywalizacji.

Ale musi dawać przewagę.

- Tak, ale taką, którą da się odrobić.

Spójrzmy na finanse ligi. Były doniesienia o tym, że w Gdańsku pojawiały się zaległości finansowe. Z drugiej strony - kluby Ekstraligi zapewne wykażą w audytach, że nie mają długów i są całkowicie wypłacalne. Prawda, fikcja?

- Tak naprawdę o kondycji klubów dowiemy się wtedy, gdy dokumenty wpłyną do Polskiego Związku Motorowego i kiedy dostaniemy audyty od biegłego rewidenta. Wtedy będzie można mówić o czymś więcej. Natomiast musimy sobie zdawać sprawę z tego, że wszystkie kluby i liga funkcjonują w określonych realiach ekonomicznych, a w tym roku mieliśmy na świecie kryzys finansowy.

W tym samym czasie toruński Unibax zaliczył finansowo zapewne najlepszy sezon w historii - na meczach średnio 13 tysięcy kibiców, rekordowo wielu sponsorów.

- Ogólnie jednak patrząc kryzys finansowy w gospodarce ciągle przekłada się na działalność klubów. Na pewno były momenty, w których ich finanse nie wyglądały najlepiej. To rzecz w biznesie normalna, płynna. To, co udało się osiągnąć przy przyznawaniu licencji, że kluby muszą być wyzerowane z zaległościami za dany sezon, pozwoli uniknąć problemów, który mieliśmy w latach poprzednich. Pod tym kątem uważam, że przepisy są jasne i klarowne, choć dla klubów na pewno trudne do spełnienia w niełatwej sytuacji gospodarczej.

Co można zrobić w sytuacji, kiedy kluby zaczynają negocjacje z nowymi zawodnikami jeszcze gdy ci mają obowiązujące kontrakty z konkurentami? Jest to moralnie wątpliwe.

- Do spółki takie sygnały oficjalnie nie dotarły i nie prowadzimy żadnych postępowań w tej sprawie. W moim przekonaniu niemoralne i dwuznaczne jest rozmawianie z zawodnikiem do momentu, póki ten jeździ w barwach innego klubu. Chyba że klub macierzysty udzieli takiemu żużlowcowi zgody. Takie sytuacje w przeszłości już miały miejsce.

Co odpowie pan kibicom, którzy twierdzą, że spółka Ekstraliga Żużlowa okazała się wyjątkowo bezradna w sytuacji finału rozgrywek w Zielonej Górze, kiedy nie można było przygotować toru Falubazu?

- Całkowitą odpowiedzialność za przygotowanie toru ponosi nie Ekstraliga, a organizator.

I ten organizator nie został w żaden sposób ukarany za to, że tor nie nadawał się do jazdy.

- Organizator według sędziego nie mógł tego zrobić ze względu na pogodę. Także nie ma powodów do ukarania klubu, który nie działał celowo. Spółka i tak doprowadziła do tego, że finały odbyły się w terminach zaplanowanych rezerwowo. Były zmiany terminów w ramach obowiązujących regulaminów, ale wywoływała je pogoda - tego nie dało się przewidzieć. Spójrzmy teraz: pod koniec października świeciło słońce, pogoda była lepsza niż gdy rozgrywano finały.

To loteria. I jaką liga ma gwarancję, że za rok sytuacja się nie powtórzy? Sezon skończy się szybciej?

- Będziemy o tym rozmawiać. Kalendarz będzie dopiero budowany. Są różne opcje. Niektóre kluby twierdzą, że nie chcą kończyć tak wcześnie - koło września. Inne uważają, że lepiej jest później. Ostatnie Grand Prix jest 9. października. I w tych okolicach pewnie będziemy kończyć ligę. Pomysły, jakie chcemy zaproponować klubom to m.in. plandeki, którymi można zakryć tor. Zaproponujemy też, by każdy klub posiadał dodatkową, rezerwową suchą nawierzchnię, którą można rozsypać w razie problemów. Ale nie oszukujmy się: żużel był, jest i będzie uzależniony od pogody. Tak długo, jak nie doczekamy się zadaszonych stadionów, sytuacja się nie zmieni. To co możemy zrobić to redukować ryzyko odwołania meczu. A wracając do finału: myślę, że w Zielonej Górze bilans ekonomiczny finału nie jest budujący. Złej woli u organizatora - Falubazu - nie można było się doszukać. Chodziło bardziej o to, że klub chciał jeździć w takich warunkach, jak przez cały rok, a pogoda spowodowała, że tor się pogarszał w sposób naturalny i coraz trudniej było go przygotować do zawodów. Udało się go zrobić po naszej rozmowie w czwartek, kiedy uświadomiliśmy jako spółka organizatorom, że jeśli nie podejmą działań nadzwyczajnych, może się to zakończyć tym, że mecz się nie odbędzie w ogóle i o wyniku zadecydowałby tylko jeden - w Toruniu.

Liga żużlowa doszła do tego, że pod względem popularności wyprzedziła daleko koszykarską, ma stabilną pozycję, rozwija się. Ale mówi się, że nie przeskoczy pewnego pułapu tak długo, jak mecze będą rozgrywane w niedziele. Większość rozgrywek planuje się na soboty, tylko żużel to wyjątek. Możliwe, by kolejki rozdzielić? Część w sobotę, część w niedzielę?

- Kluby mogą sobie zażyczyć innego sposobu budowania kalendarza niż ten, który my proponujemy, ale to właśnie one optują za niedzielami. To kwestia tradycji, najlepszej frekwencji. Kibice się przyzwyczajeni do tego, że spotkania odbywają się w niedziele. Problem "rozbitych" kolejek dotyczy przede wszystkim trudności z pogodzeniem całego kalendarza. Udało nam się doprowadzić do tego, że soboty są traktowane przez FIM i UEM jako termin dla jej imprez. Naprawdę patrząc na kalendarz FIM i poszczególnych lig, można powiedzieć, że we wtorki jest Szwecja, w środę Dania, w czwartki, piątki, poniedziałki - Anglia. Sobota - tradycyjny termin dla imprez światowych. A niedziela - dla Polski. I stąd jest trudność w znalezieniu terminów sobotnich. Wielu zawodników łączy wszystkie ligi. Dziś nie ma regulaminowej przeszkody, by kluby np. zmieniły termin meczu na sobotę, jeśli tak ustalą. Ale ciężko byłoby budować kalendarz z sobotami, kiedy nie wiemy, gdzie poszczególni zawodnicy będą startowali, kto będzie powołany na turnieje światowe. Kalendarz stałby się fikcją. To główny problem - nagromadzenie imprez przez cały tydzień. Byłyby konflikty z ligą angielską, szwedzką - stąd tak trudno znaleźć odpowiedni dla wszystkich termin dla odwołanych meczów z niedzieli. Ale tak będzie się działo dopóki zawodnicy będą mieli prawo jeździć we wszystkich ligach na świecie.

A liga szykuje się do takiego ograniczenia?

- Nie rozważaliśmy tego. To raczej tak, że nie ma wniosków ze strony federacji narodowych, by coś takiego wprowadzić. Mamy grupę "globtroterów", którzy jeżdżą w kilku ligach. Mieliby problem, żeby uznać, która jest priorytetowa.

Polska płaci najwięcej.

- Tak, ale jeśli ktoś podpisał umowę z innym klubem, chce się z tego wywiązać. To sprawy, które trzeba załatwić z głową. Już wprowadziliśmy coś takiego, jak deklaracja zawodnika, która liga - poza polską - jest dla niego podstawową. I w razie przekładania naszych meczów, bierzemy pod uwagę jego zobowiązania.