Sport.pl

Przepis fikcja w polskim żużlu. Negocjacje dozwolone

Oficjalnie dopiero od grudnia można negocjować kontrakty z nowymi zawodnikami. A nieoficjalnie wszystko jest już ustalane teraz. Do grudnia trzeba czekać, ale tylko na oficjalne ogłoszenie składów
Ograniczenie wprowadzono, by w Speedway Ekstralidze nie było międzyklubowych licytacji, które prowadziły do tego, że żużlowcy zarabiali krocie, a kluby balansowały na granicy bankructwa. Ostatnie dni to w klubach łatanie dziur w budżecie - żeby dostać licencję na starty w nowym sezonie, trzeba wykazać brak jakichkolwiek długów, a to trudne. A przepis, który jeszcze kilka lat temu ogłoszono jako wyraz solidarności prezesów i główny oręż w walce z oczekiwaniami zawodników, teraz okazuje się fikcją.

Szef Unii Leszno Józef Dworakowski już zapowiedział, że rozmawia z sześcioma zawodnikami z zagranicy. Prezes Unibaksu Toruń Wojciech Stępniewski przyznał, że ma listę kilkunastu nazwisk. W Bydgoszczy działacze Polonii niedawno zdradzili, że mieli już ustalone wstępne warunki kontraktu z jednym z krajowych zawodników, ale teraz trzeba zacząć negocjować z nim od początku. Tam już zakończono rozmowy z młodzieżowcem Unii Tarnów Patrickiem Hougaardem. Trener czołowego zespołu ekstraligi: - Proszę zwrócić uwagę na to, że wszyscy mówią, że najbardziej gorący pod względem transferów będzie pierwszy tydzień grudnia [mówił to w jednym z wywiadów Sławomir Kryjom, dyrektor Unii - red.]. A skoro oficjalnie można negocjować nowe umowy właśnie od tego miesiąca, to jak możliwe, by po np. dniu, albo dwóch podpisywać umowy? Nigdzie nic nie dzieje się w tak szybkim tempie. Rozmowy zaczynają się w październiku. Konkrety są w listopadzie. A na początku grudnia to już tylko są formalności, podpisy, pieniądze. U nas wszystko jest dograne, trzeba tylko poczekać miesiąc z ogłoszeniem.

Fikcją okazuje się też wrześniowy pomysł szefów klubów, by ustalić maksymalne stawki kontraktów zawodników i wypłacać im wynagrodzenie w złotych, a nie w obcych walutach. Kontrakty mają być weryfikowane przez spółkę organizującą rozgrywki. Działacz czołowego klubu ligi: - To obejdzie każdy. Po prostu zawodnicy będą mieli stałe wynagrodzenie z klubu mieszczące się w widełkach, a oprócz tego podpiszą umowę np. ze sponsorem zespołu. Firma nie da pieniędzy klubowi, tylko zawodnikowi. I tak jak będzie chciał: w funtach, euro. Czymkolwiek, w czym zechce. Kto to wykryje?

Czy tak będzie np. z umową wicemistrza świata Tomasza Golloba? Zostaje w Gorzowie Wielkopolskim, a szef Stali przyznał, że będzie miał stałe wynagrodzenie za jeden mecz - 38 tys. zł. W świecie żużlowym to kwota śmieszna. Zawodnicy zaplecza ekstraklasy żądają rocznych wypłat na poziomie kilkuset tysięcy złotych. Gdyby Gollob miał faktycznie tylko takie wynagrodzenie, w sezonie zasadniczym 2010 zarobiłby w sumie nieco ponad pół miliona złotych. To niemożliwe - takie kontrakty w tym roku mieli bardzo przeciętni zawodnicy ekstraligi.

Skandal po finale Ekstrakligi - szalik Falubaz wdeptany w błoto »