Sport.pl

Żużlowy kabaret - kibice mają już tego dość

Taki jest żużlowy finał z perspektywy toruńskiego kibica: strata pieniędzy, nerwów, czasu. Kombinowane zwolnienia lekarskie, urlopy brane po to, by przejechać pół Polski. A teraz - zniechęcenie. Choć żużel to pasja
Trasa Toruń-Zielona Góra to ponad 300 km. Drogą niewygodną, przez miasta i miasteczka. W wariancie optymistycznym skromne cztery godziny jazdy. W jedną stronę, a trzeba jeszcze wrócić - nocą. Ale ponad tysiąc torunian na takie szaleństwo się decyduje. Magnes - mecz żużlowy. Finał Speedway Ekstraligi. Ich Unibax - choć ciągle wolą nazwę Apator - o złoto od ponad dwóch tygodni próbuje walczyć z Falubazem Zielona Góra. Ale tylko próbuje. Finał miał się już dawno skończyć.

Już we wrześniu Falubaz i Unibax były pewne tego, że powalczą o mistrzostwo w finale. W obu miastach - szaleństwo. Kilkanaście tysięcy biletów w Zielonej Górze rozchodzi się błyskawicznie. Wejściówki w Toruniu mają być sprzedawane od jutra. Kolejka do kas ustawi się tradycyjnie już w nocy.

Mecz w Toruniu to gratka dla kilkunastu tysięcy na trybunach. Ale są też prawdziwi zapaleńcy, którzy finał chcieli obejrzeć nie w telewizji. Na żywo - ciekawiej. I tak ponad tysiąc toruńskich fanów ruszyło pierwszy raz w drogę do Zielonej Góry w niedzielę 11 października. Kiedy przyjechali na stadion, usłyszeli - mecz odwołany. Pogoda była koszmarna, tor nasiąknięty wodą. Wściekłość fanów ogromna: - Dlaczego mecz musi być rozgrywany tak późno? Dlaczego w październiku, a nie wcześniej, kiedy pogoda była lepsza?

Oficjalnie - nie wiadomo. Taki ustalono terminarz - w ubiegłym roku jesień była łaskawa, więc szefowie rozgrywek uznali, że podobnie będzie i teraz. Pojawia się też wątek telewizji. Stacja TVP Sport chciała mecze wyeksponować w ramówce. I też naciskała na październik. Nikt nie zakładał, że w połowie miesiąca spadnie śnieg, a wilgotność będzie taka, że toru nikt nie będzie potrafił osuszyć.

Drugi raz kibice toruńscy wybrali się do Zielonej Góry dwa dni później, we wtorek. Już w połowie drogi wiedzieli - mecz znów odwołany, można zawracać. Przełożono go na 18 października. Ale w tę niedzielę wyjazdu kibiców nie było, bo dzień wcześniej kolejną próbę rozegrania finału też odwołano. TVP nie chciała ryzykować pieniędzy - przyjazd na mecz, przygotowania do transmisji to wydatek kilkudziesięciu tysięcy złotych. Finał znów przełożono. Na wczoraj.

A tu deja vu: znów dziesiątki wypełnionych aut z Torunia, przez Poznań, ruszyły do Zielonej Góry. Kibicowskie gremium to cały przekrój społeczny: od blokersów, przez studentów do pracowników toruńskich firm. Było nawet kilku szefów.

Piotr, 34-latek, pracuje w dziale marketingu dużego miejskiego przedsiębiorstwa: - Na wtorek brałem urlop. Trudno, zmarnowany. W czwartek nie miałem problemu, bo oficjalnie jestem chory. Mam zwolnienie lekarskie.

Inny fan żużla: - Żona mnie ostatnio zapytała, ile właściwie wydaję na ten cholerny finał. Więc jej powiedziałem, że kilkadziesiąt złotych na bilet. Dobrze, że nie zapytała o koszty przejazdów - śmieje się. A żeby być wyjazdowym kibicem stawiającym wierność klubowi ponad pogodę i przekładane mecze, trzeba mieć za co. Marcin Gładysz, fan żużlowców od kilkunastu lat wylicza: - Zdecydowanie najdroższa impreza w sezonie. Bilet - 50 zł. Każda wyprawa samochodem to jeszcze większy wydatek. Zbieramy się w czterech, bierzemy samochód na gaz - żeby maksymalnie obniżyć koszty. Do tego dochodzi jakiś obiad w jedną stronę i kolacja w drugą. Na razie na wyprawy do Zielonej Góry wydałem ok. 300 zł. A przez dwa tygodnie widziałem tylko tor, na którym nie było sensu się ścigać.

Gładysz jeździ na mecze Unibaksu niezależnie od pogody. Nawet jeśli pada - ryzykuje. I przyznaje: już czuje zniechęcenie. To, co dzieje się z tegorocznym finałem ekstraligi to nie tylko koszty, ale i zawód. - Pieniądze zostawmy na boku. Czas, choć każda wyprawa to pięć godzin w jedną stronę, również. Od trzech lat jestem na każdym meczu Unibaksu. Ale powoli czuję zniechęcenie. Przyczyna? Parodia, kabaret związany z finałem w Zielonej Górze.