Sport.pl

Trener Włókniarza: Sullivan? Nie puścimy tego płazem

Nie ma praktycznie żadnego toru w Polsce, który byłby podobny do tego w Toruniu. No, może jedynie w Opolu, ale tam łuki nie są nachylone dlatego nie ma sensu tam ćwiczyć - mówi przed niedzielnym meczem półfinałowym z Unibaksem trener żużlowców z Częstochowy.
Filip Łazowy: Wynik 46:44 w Częstochowie sprawił, że wciąż trudno wskazać zdecydowanego faworyta do awansu do finału.

Grzegorz Dzikowski: Dokładnie. Z jednej strony czujemy niedosyt, bo liczyliśmy na wyższe zwycięstwo, ale z drugiej strony wygraliśmy mecz po naprawdę ciężkiej walce. I mamy zaliczkę, którą będziemy starali się obronić w rewanżu. Miałem nadzieję, że uda nam się zwyciężyć różnicą 8-10 punktów, ale nie udało się. Liga w tym sezonie jest bardzo wyrównana. Nie ma zdecydowanych faworytów. Rozumiem, że po wyeliminowaniu Unii Leszno to w nas upatrywano kandydata do awansu do finału. Nie załamujemy się i do Torunia jedziemy po zwycięstwo, a przynajmniej po remis.

Kilku zawodników Włókniarza narzekało na nawierzchnię w Częstochowie. Miała być ona bardziej przyczepna, a okazała się twarda. Tym tłumaczyli tak niską wygraną z Unibaksem.

- Rozumiem. Dużo jest w tym prawdy. Faktycznie zakładaliśmy, że tor będzie nieco inny. Ale z drugiej strony zawodnicy to profesjonaliści. Nieraz znajdowali się w takiej sytuacji i jakoś sobie radzili. Tym razem nie wszystkim się udało.

Torunianie spać spokojnie jednak nie mogą. Włókniarz znakomicie spisuje się na wyjazdach. Zwycięstwo 53:37 w Lesznie musi budzić szacunek. Podobnie może być na Motoarenie?

- Nie wiem. Na pewno na wyjazdach drużyna potrafi sobie poradzić w każdej sytuacji. Musi być jednak spełniony jeden warunek: zespół musi być w komplecie. Na początku sezonu to bywało różnie. Także w rewanżu z Unią zabrakło Lee Richardsona i to odbiło się na końcowym wyniku. Nie może być tak, że w najważniejszych spotkaniach kogoś brakuje. Dlatego tylko zremisowaliśmy i zamiast z Polonią Bydgoszcz w półfinale musimy rywalizować z Unibaksem.

Dzień przed meczem w Toruniu jest kolejna runda Grand Prix.

- Dla nas to problem. Dwóch naszych liderów należy do czołówki światowej i regularnie startuje w zawodach z cyklu Grand Prix. To zawsze osłabia zespół, bo zawodnicy mają prawo czuć się zmęczeni. Do tego dochodzą podróże. Toruń takich kłopotów nie ma, bo żaden z ich zawodników nie startuje w Grand Prix. Ich przygotowania do rewanżowego meczu mogą przebiegać spokojniej.

Torunianie przed meczem w Częstochowie trenowali na torze w Lesznie, który ma podobną nawierzchnię i geometrię do obiektu Włókniarza. Wy też planujecie takie przygotowania?

- Nie ma to sensu. Nie ma praktycznie żadnego toru w Polsce, który byłby podobny do tego w Toruniu. No, może jedynie w Opolu, ale tam łuki nie są nachylone dlatego nie ma sensu tam ćwiczyć. Poza tym do dyspozycji miałbym tylko zawodników krajowych. Dlatego potrenujemy na swoim obiekcie. Wierzę, że u siebie też będziemy mogli dobrze przygotować się do rewanżu.

Na Motoarenie w tym sezonie nie wygrał nikt. Pański zespół też przegrał w Toruniu z kretesem.

- Pamiętam. To był dziwny mecz. Do 8. biegu zawody były wyrównane. Potem cztery kolejne wyścigi zakończyły się podwójnymi wygranymi gospodarzy. Później znów było remisowo. Coś w tym jest. Zdaję sobie sprawę, że pokonać Unibax w Toruniu będzie trudno. Ale my nie musimy zwyciężyć. Nam do awansu wystarczy remis.

W pierwszym meczu zabrakło w składzie Włókniarza Sławomira Drabika. Zastąpił go Michał Szczepaniak, który jednak zawiódł.

- Zdaję sobie z tego sprawę. Michał dostał kilka szans, ale ich nie wykorzystał. Teraz w najbliższych meczach pojedzie ponownie Drabik, na którego liczymy. Udowodniał już, że stać go na zdobycie kilku punktów.

Kogo najbardziej obawia się pan w Unibaksie? Może całej drużyny, która spisuje się w tym sezonie rewelacyjnie.

- Dobrze pan to ujął, obawiamy się całej drużyny. Unibax to ekipa, w której punktują wszyscy zawodnicy. Jak jeden ma słabszy dzień, pozostali są w stanie go dobrze zastąpić. U nas to wygląda podobnie. Ale wahania formy się zdarzają. Tak właśnie było w pierwszym meczu. Zawiedli Szczepaniak i Tomasz Gapiński, ale tez i Lee Richardson - wygraliśmy tylko dwoma punktami.

Ostatnio wiele się mówiło o incydencie, który miał miejsce w parkingu. Tam Ryan Sullivan miał uderzyć Richardsona.

- Widziałem to zajście, ale niezbyt dokładnie. Byłem oddalony o ok. 40 metrów. Na początku nie wiedziałem o co chodzi. Dopiero później wytłumaczono mi, że to porachunki z ligi szwedzkiej. Tylko, że w ten sposób nie wolno postępować. Dlatego też, nie puścimy zachowania Sullivana płazem.

To znaczy? Jakiej kary Włókniarz będzie się domagał? Może zawieszenia Australijczyka?

- Nie wiem. To już nie moja sprawa. Powiem tylko tyle, że tak tego zostawić nie możemy. Jakby było to efektem jakiejś walki na torze, to bym zrozumiał. Zawodnicy potem mają do siebie pretensje i czasem tak reagują. Tu jednak nic takiego nie miało miejsca. Jeśli miały to być porachunki z Elitserien, to niech tam to załatwiają albo poza parkingiem. Tak być nie może.