Przedmiot pożądania żużlowców. Co to?

Haftowanie wśród mistrzów zrobiło się wyjątkowo modne.
W żadnej innej dyscyplinie sportu, jak w żużlu, nie ma takiego symbolu mistrzostwa Polski jak czapka Kadyrowa. Ale w Toruniu - w sobotnim finale dla najlepszych zawodników kraju - jej nie będzie.

Dlaczego? Powód jest prozaiczny. Zabrakło na niej już miejsca. Kiedyś tak musiało się stać - żużlowcy, za zdobycie indywidualnego mistrzostwa Polski, otrzymywali czapkę Kadyrowa od 1963 roku! Tradycją stało się, że na niej - co roku - zwycięzca finału haftował imię, nazwisko i rok wywalczenia tytułu.

Tradycja rozpoczęła się od gestu Gabdrahama Kadyrowa - sześciokrotnego mistrza świata w wyścigach na lodzie, a później sędziego i trenera. Po zawodach w Ufie podarował swoje nakrycie głowy Polakom - Antoniemu Worynie i Andrzejowi Pogorzelskiemu. A ci postanowili, że triumfator mistrzostw kraju będzie - na rok - otrzymywał czapkę wraz z okolicznościowym pucharem.

I tak zaczęła się gorączka z czapką w tle. Dla żużlowców, szczególnie w latach 80. możliwość wyhaftowania swojego nazwiska na choćby skrawku wolnego miejsca, była wyjątkowo ważna. Ale hafty zaczęły się od Henryka Żyto z Unii Leszno. On zrobił pierwszy. Wtedy miał jeszcze mnóstwo wolnego miejsca. Już kiedy pierwsze toruńskie mistrzostwo zdobył Wojciech Żabiałowicz (1986 r.), robiło się ciasno. Jacek Krzyżaniak, zwycięzca z 1997 r., miał większy problem.

Gdy w 2003 r. mistrzem został Rune Holta - Norweg z polskim paszportem - postanowił ufundować nową czapkę. Na starej po prostu nie było już miejsca. I rok później, podczas dekoracji z 15. sierpnia 2004 r., nowokreowany mistrz Grzegorz Walasek założył dodatkowo oficerską rogatywkę oddziału terenowego Polskiego Pułku Kawaleryjskiego im. 21. Pułku Ułanów Nadwiślańskich. To replika rogatywki ułańskiej z 1936 r. Dziś żużlowcy używają tej czapki, a słynniejsza - Kadyrowa - trafiła do Muzeum Sportu i Turystyki w Warszawie.

Toruński finał w sobotę o g. 19.30.