Toruń kontra Bydgoszcz - ile derbów w derbach?

Z niedzielnej żużlowej potyczki toruńsko-bydgoskiej są takie derby, jak ze Speedway Ekstraligi - włoska Serie A, z Unibaksu - Inter Mediolan, a Polonii - AC Milan.
W niedzielę toruńska Motoarena na pewno będzie wypchana ludźmi niczym - zapewne - portfel właściciela Unibaksu, Romana Karkosika, banknotami. W sobotę, kiedy od g. 10 ruszy przedsprzedaż wejściówek na derby - a może pseudo-derby? - ustawią się kolejki pokazywane później w lokalnych wiadomościach. Żużlowcy wyjadą na tor, trochę powalczą, silniejszy Unibax zapewne wygra, kibice nieco pokrzyczą i - po przekątnej toru - z perspektywy swoich wygodnych siedzisk przekażą sobie kilka tradycyjnych pozdrowień. Ot, taki nasz trybunowy foklor, gdy Bydgoszcz walczy z Toruniem.

Nie nazwałbym tego dziś derbami. Gdzie atmosfera oczekiwania na najważniejszy mecz sezonu?! Gdzie nerwowe spoglądanie na kalendarz ile jeszcze czasu zostało do pojedynku? Gdzie poczucie jego wyjątkowości, gdzie wrażenie, że szykuje się walka o prymat w województwie? Na kilka dni przed pseudo-derbami nie czuję tego ani trochę.



Derby bez blasku

To przykre, ale słowo derby - dla fanów sportu najczęściej wręcz magiczne, elektryzujące - zostało w Toruniu i Bydgoszczy stopniowo zdewaluowane. Pozbawione blasku. Wepchnięte w ciasne ramy komercji.

Cierpnę wręcz, słysząc (już coraz częściej) że dobrze się stanie, iż w żużlowym play-off prawdopodobnie Toruń będzie znów walczyć z Bydgoszczą i znów szykują się derby. A więc kluby zarobią na biletach więcej niż na pojedynkach z kimkolwiek innym. Bo derby to derby, 30 zł za wejściówkę pan Kowalski z Rubinkowa, albo Malinowski z bydgoskiego Fordonu wyda na pewno. A biznes się kręci. I to nawet jeśli mecz będzie nudny, przewidywalny i pozbawiony akcentu jakiejkolwiek wyjątkowości. Derby zostały sprowadzone do kategorii tego, ile na nich można zarobić. I gdzie się pokazać.



Lokalna walka o wszystko

Może i to naiwność, ale marzę o tym, żeby żużlowe starcia toruńsko-bydgoskie zrobiły krok wstecz. Żeby nie szły z duchem komercji, żeby nawet nie były transmitowane przez telewizję. By znów nabrały wymiaru małej, lokalnej walki o wszystko. Żeby te starcia nie były lekkie, łatwe i przyjemne, a polegały wyłącznie na tym, ile się na nich zarobi, bo wynik jest sprawą drugoplanową. Żeby ludzie szli na nie, wcale nie jak na kolejny - może ciut lepszy - mecz jakich wiele. Ale żeby poczuli wyjątkowość, dreszczyk emocji.

Tak wyglądały derby w przeszłości. Dziś Tomasz Gollob - bydgoszczanin z pochodzenia, a żużlowy gorzowianin z wyboru - ma w sobie więcej "derbowości" niż wszyscy aktualni zawodnicy Polonii razem wzięci!



Przyspawanie żużlowe

Gdzie takie emocje, jak z początku lat 70., kiedy w Bydgoszczy żużlowcy z Torunia po pięciu wyścigach odmówili startów w następnych, zespół ukarano walkowerem, a Roman Kościecha i Bogdan Krzyżaniak - oni pierwsi zastrajkowali - zostali zawieszeni na pół roku? Gdzie są pojedynku zawodników-symboli obu ekip, Ryszarda Dołomsiewicza i Wojciecha Żabiałowicza? To byli ludzie wręcz przyspawani do żużlowej Bydgoszczy i żużlowego Torunia, niemożliwe wydawało się, by startowali gdziekolwiek indziej. A dziś? W barwach bydgoszczan - torunianin Tomasz Chrzanowski. Lider Polonii - Andreas Jonsson zaczynający karierę w Polsce od Apatora. Z drugiej strony Ryan Sullivan - kiedyś też reprezentant Polonii. Oczywiście nonsensem byłoby myślenie, iż zawodnicy - szczególnie w dzisiejszych czasach, gdzie żużel to przede wszystkim biznes - mają nie zmieniać klubów. Ale magia derbów gdzieś na tym traci.

W ligach piłkarskich zagraniczne derby też są już przesiąknięte komercją, też są transfery z jednej ekipy - do drugiej. Ale to niezmiennie wielkie lokalne święta z ogromnym znaczeniem dla mieszkańców Mediolanu, Belgradu, Glasgow, Porto, Barcelony, Madrytu czy Londynu.

Niewiele jest już derbów w derbach żużlowych.