Jak Unibax poznał swoje miejsce w szeregu

Fala entuzjazmu, jaka ogarnęła Toruń po rewelacyjnej pierwszej rundzie rozgrywek była urocza. Naprawdę. Ale naiwna i kompletnie sfałszowała rzeczywistość.
To, że Unibax przegrywa w Lesznie to żadne zaskoczenie. W przeciwieństwie do rozmiarów tej porażki.

Ale wróćmy na chwilę do wiosny. Start ligi, eksperci analizują siłę zespołów. Są zgodni - najmocniejsza jest Unia, nie ma słabych punktów. Unibax? Eksperci: powinien walczyć o miejsca 1-3. Ale na pewno faworytem nie jest.

W Toruniu też gorączki wtedy nie było. Zmiany w składzie, niepewność o młodzieżowców i to, czy Chris Holder szybko i sprawnie odnajdzie się w kategorii seniora, strach przed tym, że nieznana Motoarena wcale nie będzie atutem torunina - wszystko to powodowało, że i oczekiwania wcale nie były rozdmuchane.

Kapitalna seria zwycięstw kilka miesięcy temu spowodowała, że balon jednak się stopniowo powiększał. A w niedzielę pękł z wielkim hukiem.

Unibax wcale nie jest zespołem, przed którym inni będą padać na kolana i prosić o jak najniższy wymiar kary. Też ma słabości - nijakiego Roberta Kościechę, nierównego czasami Ryana Sullivana, Wiesława Jagusia, dla którego pierwszy meczowy wyścig jest w tym sezonie często nieudany.

Z kim Unibax walczył w pierwszej rundzie na wyjazdach? Z trzema najgorszymi teraz ekipami Ekstraligi - wygrał we Wrocławiu, Bydgoszczy i Gdańsku. To, co najtrudniejsze dopiero się zaczyna. Po porażce w Lesznie mistrz Polski wrócił w swoje miejsce w szeregu. Ciągle jest kandydatem do złota. Ale ktoś, kto wierzy w to bezgranicznie, jest naiwny.