Sport.pl

Co nam zostało z Pera Jonssona?

Za miesiąc minie 15 lat, odkąd skończyła się kariera Pera Jonssona. Ile dziś zostało ze wspomień po żużlowcu, który stracił zdrowie w derby regionu, był idolem tysięcy torunian i kandydatem do honorowego obywatelstwa miasta?
Jonsson przyjedzie na niedzielny mecz z Falubazem. Robi to - o ile są możliwości - co roku. Jest tradycyjnym gościem. Znów wyjedzie na tor - tym razem nowiutką Motoarenę, której jeszcze nigdy nie widział. Pomacha kibicom, opowie o tym, że Toruń ciągle jest dla niego jak drugi dom. I powie, że nawet z perspektywy jego wózka inwalidzkiego żużel jest dla niego pasjonujący tak samo, jak wtedy kiedy sam ścigał się z rywalami i zdobywał komplety dla zespołu Apatora.

A ile w nas zostało wspomnień po Jonssonie? Piętnaście lat temu całe - i nie obawiam się użyć tego słowa - miasto żyło tym, czy Jonsson, gwiazda miejskiej drużyny, mistrz świata, wróci do zdrowia po tym, jak upadł na tor w Bydgoszczy. Nie wrócił.

Był czerwiec 1994 roku, bardzo ciepły dzień. Polonia walczyła z Apatorem/Elektrimem. Derby, wielkie emocje, mnóstwo kibiców. 12. wyścig, ostatni bieg przed tym, jak kręgosłup i kariera Szweda się złamały. Jonsson każdy swój start kończy zwycięsko, pokonuje znakomitych liderów rywali, Tomasza i Jacka Gollobów, a kombinezon jest tylko symbolicznie ubrudzony - nie był narażony na błotniste grudki nawierzchni wypadające spod kół zawodników jadących z przodu. Ostatni swój wyścig na motocyklu Jonsson rozpoczyna z toru przy siatce, najbardziej zewnętrznego. Na pierwszym wirażu jest ciasno, brakuje miejsca. Każdy z czterech żużlowców, którzy niemal jednocześnie wyszli spod taśmy startowej, jest zagrożony. Ale nikt nie zwalnia. W najgorszej sytuacji znajduje się Jonsson. Silnik, choć jak zwykle znakomicie przygotowany, jest minimalnie zbyt wolny, aby uciec przed wpadającym na niego z impetem żużlowcem Polonii Waldemarem Cieślewiczem. Nic nie można już zrobić, na reakcję jest zbyt późno. Pozostaje tylko liczyć na szczęście. Nie tym razem. Rozpędzony Szwed uderzony przez Cieślewicza bezwładnie wpada w bandę - plecami prosto na metalowy słupek. Ratujących zdrowie dmuchanych band wtedy jeszcze nie było. Dziś taki wypadek pewnie skończyłby się potłuczeniami. Ale nie piętnaście lat temu.

Dwudziestotysięczny tłum na stadionie w Bydgoszczy nagle milknie. Wszystkie oczy są skierowane na pierwszy wiraż toru. To nie jest zwykły upadek. Jonsson nie podnosi się sam - zły znak. Karetka zabiera go z toru. Najpierw jedzie do Szpitala Klinicznego w Bydgoszczy. Na oddziale neurochirurgii lekarze już wiedzą, że to koniec kariery szwedzkiego sportowca. Trzeba walczyć o to, by był choć w części sprawny. Specjalistyczna klinika w Sztokholmie potwierdza obawy. Kręgosłup jest złamany, a ciało sparaliżowane od pasa w dół.

Wcześniej im częściej Jonsson przyjeżdżał na metę jako pierwszy i w charakterystycznym geście po zwycięstwie machał do kibiców, tym większe było ich uwielbienie wobec nowego idola. Klubowy sklepik ze zdjęciami i pamiątkami nie nadążał w realizacji zapotrzebowania klientów. Zdjęcia Jonssona trafiały na koszulki kibiców, plakaty z jego sylwetką zdobiły ściany pokojów w mieszkaniach, a Szwed doczekał się nawet swojej figurki na motocyklu, którą nastoletni sympatycy żużla stawiali na szkolnych biurkach. Dziś wszyscy to 30-latkowie. Wielu będzie w niedzielę na trybunach.

Kilka lat temu napisałem do obcokrajowców, którzy wpisali się na internetową listę życzeń powrotu do zdrowia dla Szweda. Był wśród nich m.in. Dexter Lancaster. Teraz 42-latek, księgowy w miejskim urzędzie Featherstone West Yorkshire w Anglii. Z Toruniem, tak jak zresztą z Polską, nie wiąże go nic. Prawie nic, bo mimo że nie był nigdy nad Wisłą, umiałby na mapie kraju idealnie odnaleźć Toruń. Lancaster: - Pamiętam ten dzień, kiedy mój tata zadzwonił do mnie do pracy z wiadomością o Perze. Ciężko mi było wrócić później do zwykłych czynności, byłem rozkojarzony. Tak, jakby coś stało się z członkiem mojej rodziny. Byłem zaszokowany, gdy powiedział, że na torze w Polsce - wtedy nikt nie wiedział nic więcej - Jonsson upadł i jego kontuzja jest bardzo poważna. Ciężko mi było w to uwierzyć, bo jeszcze tydzień wcześniej widziałem go na torze w Bradford! Dokładnie pamiętam ostatni wyścig Pera. Startował w 13 biegu i to była najlepsza jazda, jaką kiedykolwiek widziałem.

Jonsson był ambasadorem Torunia. Teraz trochę zapomnianym. O honorowym obywatelstwie dla niego się nie mówi, raz w roku tysiące przypominają sobie o nim. Są nowi idole, nowe pokolenie - to naturalne.

Ale w niedzielę, gdy Jonsson będzie na torze, niech Toruń przywita go tak, jak jeszcze nigdy wcześniej.

Czy Per Jonsson powinien być honorowym obywatelem Torunia?