Jak napompowano balon w lidze żużlowej

Kłopoty żużlowych klubów w Polsce to efekt tego, co działo się kilka lat temu. Nikt nie brał pod uwagę załamania rynku reklamowego, zmniejszenia liczby sponsorów. Deficytami się nie przejmowano. Za to licytacja o zawodników trwała w najlepsze.
Końcówka lat 90. Zainteresowanie ligą rośnie, wartościowych zawodników na rynku jest coraz mniej. Zaczynają się pierwsze skandale transferowe, niesnaski przy zmianie barw klubowych, oskarżenia o kuszenie zawodników kwotami odbiegającymi od realiów rynkowych. Z toruńskiego Apatora do WTS Wrocław odchodzi Jacek Krzyżaniak, jeden z najlepszych zawodników ekstraklasy. Torunianie chcieli go koniecznie zatrzymać, więc na liście transferowej wpisali zawrotną kwotę 435 tys. zł licząc na to, że nikt nie znajdzie zimą tylu pieniędzy.

Górę brała wtedy już ambicja - klub z Wrocławia, wtedy najbogatszy w Polsce, miał na początku 350 tys na Krzyżaniaka. Później potraktował kontrakt z nim ambicjonalnie - chciał udowodnić, że jest w stanie odebrać żużlowca Apatorowi, nawet mimo wyśrubowanej ceny. Znalazł kilkadziesiąt kolejnych tysięcy, wściekły na blokujących transfer działaczy Apatora Krzyżaniak dopłacił resztę z własnej kieszeni. I odszedł z Torunia.

Takich przypadków było więcej. Kluby coraz bardziej licytowały się o względy żużlowców z czołówki - zaczynała się prawdziwa magia nazwisk. Wynagrodzenia zawodników rosły w zawrotnym tempie. W kraju powoli zaczyna się boom gospodarczy, coraz więcej pieniędzy inwestowanych jest z Zachodu. Działacze nie mają problemów z tym, żeby znaleźć firmy, które zostają strategicznymi sponsorami drużyn.

Pieniędzy jest mnóstwo również w Toruniu. Rok 2001. Prezesem klubu zostaje Marek Karwan, właściciel świetnie funkcjonującej wtedy firmy Adriana. Klub pieniędzy ma mnóstwo, angażuje najlepszych zawodników świata, zdobywa później mistrzostwo. Apator w 2002 r. jest tak silny, że liga obniża KSM (Kalkulowaną Średnią Meczową), by wyrównać szanse w lidze dla konkurentów. To jednocześnie próba zmniejszenia finansowych wymagań zawodników.

Rok 2003. W większości klubów zaczynają się problemy finansowe - wystarczy, że z pomocy rezygnuje główny sponsor, a zespół przeżywa kryzys. W Toruniu sponsor ciągle jest, ale zaczyna się wielkie cięcie etatów. Mechanik zostaje zatrudniony na ćwierć etatu - tylko dla szkółki. Dla zawodników w lidze pracuje prywatnie, jako firma. Budżet klubu był na granicy 4 mln zł. Wtedy - w polskich realiach - to całkiem sporo. Dziś trudno byłoby z takimi pieniędzmi budować zespół w Ekstralidze.

Rok 2004. - Nie robiłbym z tego wielkiej tragedii - mówi o finansach klubu na konferencji prasowej jego dyrektor, Mirosław Batorski. Wpływy do kasy to 3,7 mln zł. Wydatki - niemal 4 mln. Deficyt. Rok później klub ma już niemal 1 mln zł długu. Toruński żużel ratuje miliarder Roman Karkosik, który przejął większość udziałów w spółce Unibax Toruń powołanej na gruzach KS Toruń.

W żużlowym światku paradoks. Z jednej strony kolejne kluby narzekają na mniejsze wpływy od sponsorów i rosnące wydatki na gaże zawodników, ale jednocześnie podbijają ceny za ich usługi. Szybko pada magiczna granica - milion zł za sezon dla najlepszych na świecie. Dziś, żeby walczyć w Ekstralidze o miejsce w środku tabeli, trzeba mieć budżet na poziomie przynajmniej 6 mln zł.