Sport.pl

Parówkowi skrytożercy na torach żużlowych

Parówkowym skrytożercom mówimy NIE!
Jedno z najbardziej charakterystycznych haseł z "Misia" Stanisława Barei można by dopracować do dzisiejszych realiów świata czarnego sportu. W filmie była to myśl protestu przeciwko jakże skandalicznej kradzieży mięsnych podrobów na planie "Ostatniej paróweczki hrabiego Barry-Kenta". Hasło w wersji sportowej mogłoby brzmieć: "Żużlowym kasożercom mówimy stanowcze NIE!". I dotyczyłoby nie kradzieży prozaicznych parówek, ale wypompowywania coraz większych pieniędzy z tych polskich miast, gdzie żużel przebija popularnością piłkę nożną, siatkówkę i koszykówkę. I to razem wzięte.

Średnie wynagrodzenie brutto w Warszawie - mieście, gdzie w Polsce płaci się teoretycznie najlepiej - to ok. 3700 zł. Żeby przeciętny mieszkaniec stolicy (który przecież zarabia więcej niż zwykły Malinowski z Torunia, Bydgoszczy czy Zielonej Góry) zarobił tyle, ile w ciągu najbliższego roku dostanie najlepszy żużlowiec świata Nicki Pedersen, musiałby pracować - bagatela - 608 miesięcy. Po tym czasie, w takim tempie, dorobi się 2,2 mln zł, które - jak wiadomo nieoficjalnie - otrzyma w tym sezonie Duńczyk od Włókniarza Częstochowa. Owe 608 miesięcy to prawie 51 lat pracy.

Więc zejdźmy na niższe pułapy, a skończmy z bujaniem w Pedersenowych chmurach. Żeby zatrudnić żużlowca klasy nieco wyższej niż przeciętna, trzeba łącznie zapłacić mu ok. 600 tys. zł. Netto, już po wszystkich odliczeniach - to dla precyzji. Przeciętne wynagrodzenie w naszym mieście: 2,9 tys. zł. Brutto, więc "na rękę" nieco ponad 2 tys. Różnica - nawet uwzględniając to, że kariera żużlowca nie trwa wiecznie, musi ogromne kwoty zainwestować w sprzęt, a ryzykuje na torze groźną kontuzją - gigantyczna.

Można powiedzieć: wolny rynek. Dopóki będą tacy, którzy są gotowi płacić za jeden sezon startów najlepszego żużlowca na świecie 2 miliony złotych (a przecież "dorobi" jeszcze w innych ligach i indywidualnych turniejach oraz zgarnie Kubusio-Puchatkowe "małe conieco" od sponsorów), dopóty ceny nie spadną. Wszystkie próby odgórnego ograniczania wydatków w klubach żużlowych są praktycznie fikcją. Nie można funkcjonować w zasadach wolnorynkowych, a jednocześnie wprowadzając zasady gospodarki sterowanej.

Unibax robi nieco inaczej. Też płaci żużlowcom horrendalne - dla większości kibiców na trybunach -sumy, bo nie ma wyjścia. Może obciąć wydatki, ale wtedy ta sama publiczność otrzyma drużynę godną nie ekstraklasy, a Pomorskiej Ligi Młodzieżowej. Niezłym rozwiązaniem są w takiej sytuacji właśnie kontrakty nie roczne, a np. dwu, trzyletnie. Wtedy ogranicza się nieco finansowe szaleństwa: żużlowiec X wie, za ile będzie pracował w najbliższych kilku sezonach. Ale zdaje sobie sprawę z tego, że jeśli po roku przyjdzie do swojego szefa i powie: "Liczę na sto procent więcej", usłyszy zapewne śmiech pracodawcy. Wtedy nasz pan X nie może zabrać wszystkiego, co jego, pomachać na pożegnanie i pojechać tam, gdzie dadzą więcej. Kasożerców żużlowych w wolnorynkowych realiach inaczej się nie zatrzyma przed konsumpcją.