Sport.pl

Śmierć, kwiaty oraz pomarańcze. Niezwykła historia żużlowca

Kiedy jeszcze przed zawodami zobaczył betonowe schody niemalże na torze, musiał poczuć strach. Ale nie mógł zrezygnować, obawy ustąpiły polityce. Tak zginął Zbigniew Raniszewski
Kiedy w niedzielę na toruńskich grobach zapłoną listopadowe świece i znicze, dziesiątki ich tradycyjnie będą w miejscu pamięci Zbigniewa Raniszewskiego. Wiosną przyszłego roku minie 60. rocznica jego tragicznej śmierci.

Był rok 1956. Żużlowa reprezentacja Polski wyjechała do Austrii na towarzyski pojedynek. Jednym z kadrowiczów był 29-letni Zbigniew Raniszewski. "Ranicha", prawdziwy wulkan energii na motocyklu, zadziwia i dynamiką, i odwagą. W reprezentacji znalazł się nieprzypadkowo.

Kilka lat wcześniej Raniszewski był dumą motocyklowego Torunia. Karierę zaczynał jeszcze w czasach, kiedy tor stanowiła bieżnia boiska Pomorzanina przy dzisiejszej ulicy Bema. Trudno było tam jednak o prawdziwy żużel - dlatego Raniszewski przeniósł się do oferującego lepsze warunki klubu z Bydgoszczy, choć rodzinnie pozostawał niezmiennie związany z Toruniem.

Schody z licencją FIM

Żużel z lat 50. daleki był od standardów dzisiejszych: dmuchanych band, świetnie wyposażonych ekip lekarskich, elementów zabezpieczających kręgosłupy zawodników.

Wiedeński Prater, stadion piłkarski okazjonalnie wykorzystywany na imprezy motocyklowe, był torem bez band, za to z betonowymi schodami prowadzącymi z nawierzchni wprost na trybuny. Miał licencję Międzynarodowej Federacji Motocyklowej, ale - kiedy zobaczyli go Polacy - ogarnęło ich przerażenie. Próbowali protestować, ale bez skutku. Strajk nie wchodził w grę. Pojedynek miał wymiar polityczny, a Wiedeń był wręcz oklejony plakatami o żużlowym międzynarodowym starciu na torze. W zachodniej Europie nie można było pozwolić sobie na to, by zrezygnować z rywalizacji ze względu na obawy. Do żużlowców dotarły sugestie, by wobec betonowych fundamentów w pobliżu toru, jechali po prostu ostrożniej i bezpieczniej - bez presji na wynik.

To zmieniało niewiele. Emocje brały górę. Tuż przed wyścigiem Raniszewskiego wypadek - też przy betonowych schodach - miał inny Polak, Andrzej Krzesiński. Stracił przytomność, odwieziono go do szpitala.

Nie miał żadnych szans

Torunianin zginął na miejscu. Raniszewski w XV wyścigu stracił lekko równowagę po starciu z gościnnie startującym wśród Austriaków Anglikiem. Nie mógł zapanować nad motocyklem; przez chwilę bezwiednie skulony pędził na nim wprost przed siebie. Zatrzymały go schody. Jeden z uczestników wyścigi, Austriak, zezna później w prokuraturze, że według niego Polak miał czas i szansę, by ograniczyć prędkość motocykla. Kapitan kadry, Włodzimierz Szwendrowski oglądający ten wyścig z parku maszyn nie ma wątpliwości: - Nie było szans. Zbyszek musiałby zdjęć prawą rękę z manetki gazu, która sama będąc na odpowiedniej sprężynie, zamknęłaby przepustnicę gazu.



"Wjechał poza bele"

Austriacy później twierdzili, iż były odpowiednio zabezpieczone - otaczało je kilka snopków siana.

Świadek Karl Schranz, członek Autriackiego Klubu Samochodowego i Motocyklowego oraz organizator zawodów, zeznał: - Odnośnie środków bezpieczeństwa umieściliśmy - poza zarządzeniem magistratu nakazującym umieszczenie 15 worków ze słomą - jeszcze dalszych sześć i to w określonych miejscach, które mogłyby się okazać niebezpiecznymi. (...) Poszkodowany najechał przy swoim upadku na jeden z tych worków rozrywając go swoim naporem. Jeśli gazeta z dnia 23 IV 1956 r. doniosła, że wzdłuż i wszerz przy miejscu wypadku nie było widać żadnego worku [pis. oryg. - red.] ze słomą, to nie zgadza się to z rzeczywistością. Pozostaję przy swoim twierdzeniu, ze worki ze słomą zostały w sposó przeze mnie opisany ułożone przy miejscu wypadku i to już dnia poprzedniego, gdy odbywały się treningi.

Potwierdzali to Polacy.

Alfred Freundheim, 32-letni oficer Wojska Polskiego, był trenerem reprezentacji. Zeznał: - Tor nie posiadał ochronnej bandy drewnianej. Nie był moim zdaniem należycie zabezpieczony na zawody żużlowe. Zwłaszcza - wnęka schodów betonowych prowadzących na trybuny (...). Żądaliśmy zabezpieczenia wnęki belami słomy prasowanej, co zostało uwzględnione. (...) Raniszewski przy dużej szybkości nie był w stanie złożyć motocykla do wirażu na właściwy tor i wjechał poza bele prasowanej słony, które zabezpieczały ten wiraż.

Na odnalezionym później nagraniu żadnych bel nie ma. Widać jedynie żużlowca, który wjeżdża wprost w beton, dramatycznie chowając w ostatniej chwili głowę. Świadkowie kłamali.

"Mord na stadionie"

Śmierć żużlowca próbowano wyciszać. Szwendrowski wspomina, że nikt - poza rodziną - nie podnosił trudnego tematu. Polacy z Austrii przywieźli gazety, których nagłówki krzyczały wręcz: "Mord na stadionie". Ani władza, ani ówczesne władze Polskiego Związku Motorowego nie zareagowały. Prawdy próbowała - i ciągle próbuje - dociec tylko rodzina. Dwa pokolenia Raniszewskich poszukiwały nie tylko zdjęć z dramatycznego dnia, ale opisów, zeznań.

Przełomem był dzień, gdy wnuk Raniszewskiego - Szymon Szewczak - przypadkowo w internecie odnalazł nagranie. Opisane było jako śmiertelny wypadek na torze żużlowym. Kilka czarno-białych sekund pokazywało, jak zawodnik wjeżdża wprost w schody na torze.

Po śmierci Raniszewskiego nie odwołano tournée Polaków po żużlowej Austrii. Zawodnicy nie mieli nic do powiedzenia - z Warszawy przyszło do nich polecenie, by już dzień po dramacie wystąpili w zawodach w Linz i Graz. Publiczność powitała ich rzucając na tor kwiaty i pomarańcze.

Trumna zagubiona w drodze

Ciało Raniszewskiego wysłano z Austrii pociągiem towarowym. Trumna zagubiła się gdzieś w Czechosłowacji. Do Torunia dotarła po ponad tygodniu - dopiero wtedy, gdy odnalazła ją rodzina. Bliscy nie mieli okazji zobaczyć zmarłego. Trumna była zaspawana.

Pogrzeb w Toruniu był - jak wspomina się do dziś - wielkim wydarzeniem. Na ulice wyszły tysiące mieszkańców. Towarzyszyły Raniszewskiemu w kondukcie za ciężarówką wiozącą trumnę. Torunianie szli od kościoła Chrystusa Króla przez dzisiejsze ul. Grudziądzką, Szosę Chełmińską, aż do cmentarza przy ul. Wybickiego.

Do rodziny nigdy nie dotarły pieniądze z odszkodowania. Polisa gwarantowała w razie wypadku 15 tys. szylingów. Po kilku latach i interwencjach w bliscy dowiedzieli się, że połowę kwoty pochłonęły... koszty pogrzebu. Drugą część miano już wysłać do Polski. Nie odnalazły się do dziś.

Więcej o: