Sport.pl

15 lat Miedzińskiego. "Toruń? Mój żużel, moje miasto"

Żużel nauczył mnie, by nigdy - ale to nigdy - się nie poddawać. Są wzloty i upadki. Ale nie jest sztuką upaść i tak zostać. Sztuką jest wstać i iść dalej - o swojej karierze mówi Adrian Miedziński*. W piątek na Motoarenie świętował 15-letnią obecność w toruńskim klubie.
Piętnaście lat w jednym klubie żużlowym - świętuje pan niezłe osiągnięcie w czasach sportu komercyjnego, opartego na transferach, licytacji, kto da więcej. Szybko zleciało.

Adrian Miedziński: Szybko. Rzeczywiście - dziś to już rzadkość.

Karierę zaczynał pan w 2000 r. Prehistoria. Polacy zaczynali internetowe pogaduszki przez Gadu-Gadu, Polsat uruchomił pierwszy w kraju kanał sportowy, Aleksander Kwaśniewski zaczynał drugą kadencję prezydencką. A żużlowy Toruń miał w składzie jednego obcokrajowca.

- Inne czasy. Dla mnie fascynacja żużlem, czy w ogóle motoryzacją, zaczęła się wcześniej. Już jako dziecko interesowałem się motorynkami. A gdy rosłem - interesowałem się coraz większym sprzętem. Żużel poważniej pojawił się w moim życiu, gdy miałem 12 lat. Dziś nie jest to może czymś wyjątkowym, bo na motorkach śmigają przecież dużo młodsze dzieci. Wtedy żużel "chodził" za mną ze względu na tatę [Stanisław Miedziński, były zawodnik i trener toruńskiego klubu - red.].

Aż w końcu poszliście na trening. Piękne czasy ulicy Broniewskiego.

- W środku starego stadionu był minitor, w sam raz dla uczących się dzieciaków. Postanowiłem się przejechać. I tak już na tym żużlu zostałem (śmiech).

Najpierw trzeba było zdać egzamin na licencję żużlową.

- Pamiętam. Pierwsza poważniejsza rzecz w kierunku kariery żużlowej. Bardzo mi zależało, by to gładko przejść.

Były emocje?

- I to niemałe! To trochę tak jak z prawem jazdy. Pamiętam, że na tydzień przed egzaminem uczyłem się na licencję, dzięki której mógłbym podczas wyścigu jeździć na jednym kole. Miałem pecha i wywrotkę. Skończyło się złamaniem kciuka. Ale na szczęście sam egzamin jakoś przeszedłem, nie miałem żadnych problemów.

I tak minęło panu w toruńskim żużlu piętnaście lat - tegoroczny sezon będzie dla pana historyczny. Który rok był najlepszy?

- Na pewno 2008.

Początek tzw. ery Romana Karkosika. Okres żużlowego dobrobytu i stabilizacji. Mówi się, że mieliście wtedy zająć się tylko i wyłącznie żużlem, a nie sprawami finansowymi i organizacją.

- Miałem wówczas swoje problemy sprzętowe, ale w końcowej fazie sezonu udało mi się wszystko poukładać. Ostatecznie wygraliśmy ligę, zdobyliśmy złoty medal, a to było najważniejsze.

Czasy Karkosika były dla toruńskiego żużla wyjątkowe z wielu powodów. Które wspomnienie jest najważniejsze?

- Będą kojarzyć mi się z przeprowadzką na nowoczesną Motoarenę. To najlepszy przykład zmian, jakie przeszedł toruński żużel w ostatnim czasie. Bez wątpienia znakomity stadion, ze świetnym torem. Nowy świat... Poza tym niemal w każdym roku walczyliśmy o medale. Wiadomo - z różnym skutkiem, ale jednak za każdym razem to w naszej drużynie upatrywano jednego z faworytów do złota. Piękny okres w tych piętnastu latach.

A najgorszy rok?

- 2006.

Po 43 latach Apator SA przestał być sponsorem klubu. Zniknął z nazwy zespołu. To był czas niepewności co dalej.

- Byłem wtedy ostatni sezon juniorem. Klub miał problemy finansowe, ja nie jeździłem tak, jak tego oczekiwałem. Drużyna musiała ratować się przed spadkiem w barażach [wygrała dwa mecze z zespołem z Ostrowa Wielkopolskiego - red.]. Oj, nie był to łatwy okres.

W zawodowym sporcie nie ma już zwykle kalkulacji i sentymentów - jak gdzieś robi się źle, czas zmienić klub. Były zakusy na najlepszych ludzi z Torunia.

- Tak, było kilka opcji. Po sezonie 2006 pojawiła się też bardziej korzystna propozycja.

Został pan w Toruniu.

- Nie zdecydowaliśmy się na przeprowadzkę i - patrząc z perspektywy czasu - dobrze się stało. Trzeba podkreślić, że w Toruniu, mimo czasami chudych lat, żużel zawsze był na najwyższym ligowym poziomie. To jedyne takie miejsce w Polsce. I to po prostu moje miasto.

Bywały jednak już historie, które trudno było sobie wyobrazić. Kiedyś powiedział pan w jednym z wywiadów, że musi się przyzwyczaić do widoku bydgoszczanina Tomasza Golloba w toruńskim parku maszyn.

- Tomek to osobna historia, w tym sporcie osiągnął więcej niż ktokolwiek inny w kraju. Jest świetnym zawodnikiem. Ale przyznaję, istotnie, nie wierzyłem, że kiedykolwiek stanie się tak, iż będzie reprezentował Toruń.

Syndrom czasów - żużel w Polsce i Toruniu przeszedł przez pańskich kilkanaście lat długą drogę. Dziś to już show, komercyjne widowisko, transfery, rynek wart miliony złotych, wielkie kontrakty. Raz w jednym klubie, a za rok w innym.

- Patrząc szerzej: tak dzieje się właściwie w każdym zawodowym sporcie.

Nigdy nie odszedł pan z Torunia. Rozstanie z miejscem dzieciństwa, początków kariery to coś złego, czy dziś już raczej naturalnego?

- Każdy chce się rozwijać. Zawodowi sportowcy również. Oczekuje się od nas odpowiednich wyników. A ponieważ każdy ma dość ograniczony czas kariery, nie dziwią mnie różne transfery. To kwestia wykorzystania swojego czasu - do maksimum. Trzeba przyznać, że odbywa się to często kosztem jakichś sentymentów. Nie mnie oceniać, czy wybory są dobre czy złe. Takie jest życie - podejmuje się najróżniejsze decyzje i trzeba brać za nie odpowiedzialność. Na żużlu również.

Symbolem żużla w Lesznie był Damian Baliński. Reprezentował je przez 20 lat, by teraz - praktycznie na koniec kariery - przenieść się do Rybnika. W pewnym momencie starty w tym samym klubie stają się męczące?

- Oczywiście, że są chwile lepsze i gorsze.

W Toruniu również?

- Bardzo istotni są ludzie, którzy otaczają toruńskie żużlowe środowisko. W tym roku nastąpiła zmiana, powiało nieco świeższym powietrzem, ale ciężko teraz wyrokować, czy będzie lepiej czy nie. Na pewno będzie trochę inaczej. W Toruniu zawsze udawało mi się osiągać z działaczami kompromisy. Nie bez znaczenia jest także fakt, że mam tu wielu sponsorów, którzy od lat mnie wspierają.

Oni również związali pana z Toruniem?

- Ogólnie mówiąc - identyfikację z miejscem, w którym się jeździ, w dużej mierze umożliwiają właśnie oni. Bez sponsorów z pewnością nie byłbym tu, gdzie się obecnie znajduję.

Piętnaście lat w jednym mieście i klubie to spory poligon doświadczeń. Kto w toruńskim żużlu zadziwił pana w tym czasie najbardziej?

- Dla mnie człowiekiem z zupełnie innej żużlowej galaktyki był sześciokrotny mistrz świata Tony Rickardsson. Był niesamowity.

Uosobienie chłodnego profesjonalizmu. Mówi się, że zarażał swoim podejściem do żużla. Jeśli ktoś z nim współpracował, przechodził na inny poziom.

- To, co on czasem wyprawiał ze swoimi motocyklami, przekraczało pojęcie. I nasze możliwości finansowe. Do legendy przeszedł jego dom, warsztat na kółkach - ogromna ciężarówka, którą Tony jeździł na zawody. Bez wątpienia, było kogo podpatrywać i podziwiać jednocześnie. Starty obok niego to był dla mnie piękny, wyjątkowy moment kariery. Mogłem się wiele nauczyć.

W pewnym momencie zaczął pan uchodzić za wyjątkowego żużlowego twardziela, który nie przejmuje się ryzykiem na torze i wizją kontuzji. Wspomina się rok 2011 - szybki powrót na tor po urazie i heroiczna walka w play-off mimo kontuzji.

- Oj, pamiętam to doskonale. Zawody z Unią Leszno z dodatkowym stresikiem. Musiałem uważać, żeby na torze nic mi się przytrafiło. A wywalczyłem wtedy chyba 10 punktów. Wielkie podziękowania dla lekarzy - złamanie obojczyka było w takim miejscu, że udało się go zespolić. Wystartowałem w meczu i to bez środków przeciwbólowych. Jeździłem nieco sztywno, bardziej asekuracyjnie - ale w ogóle jeździłem!

Lubi pan ryzyko? W środowisku przypięto panu łatkę zawodnika, którego na torze niebezpiecznie ponosi fantazja.

- Trudno mi na to odpowiedzieć. Miałem przez tych kilkanaście lat różne sytuacje. Pamiętam, że swego czasu nie mogłem się uwolnić z podejścia "cios za cios". Generalnie staram się jeździć fair, szanować kości kolegów. Nie chcę doprowadzać z premedytacją do niebezpiecznych sytuacji. A trzeba przyznać, że nie wszyscy mają takie podejście. Zdrowie jest najważniejsze. Trzeba sobie uświadomić, że ma się je tylko jedno i warto czasem odpuścić, co przy nadmiarze emocji nie zawsze jest takie oczywiste.

Żużel jako widowisko przez 15 lat bardzo się zmienił. A z perspektywy żużlowca i np. jego wiosennych przygotowań do sezonu?

- Wszystko się zmienia. I przygotowania do sezonu - również. Kiedy zaczynałem przygodę z żużlem, wszystko funkcjonowało nieco inaczej. Pamiętam, że było więcej Polaków w drużynie, więc przygotowywaliśmy się raczej wspólnie, pod okiem trenera Ryszarda Neunerta. Na zajęcia przyjeżdżaliśmy do małej salki gimnastycznej na ul. Mickiewicza. Miło dziś powspominać ten czas i treningi. Teraz system przygotowań się trochę zmienił. W zespołach jest więcej obcokrajowców, więc trudno wyobrazić sobie zebranie wszystkich w jednym miejscu. Ja np. od dobrych kilku lat korzystam z rad Arka Szyderskiego, byłego mistrza świata w kulturystyce.

Był pan już triumfatorem toruńskiej rundy Grand Prix, młodzieżowym mistrzem Polski, wieloletnim filarem klubu. Czuje się pan żużlowo spełniony?

- Indywidualnie - w Polsce - udało mi się rzeczywiście osiągnąć całkiem sporo. Właściwie zdobyłem niemal wszystko za wyjątkiem mistrzostwa kraju seniorów. Szkoda, że nie awansowałem do Grand Prix. Mimo kilku prób, nie udało się. Nie pamiętam dokładnie, ale bodaj w 2009 roku była całkiem duża szansa na stałą tzw. dziką kartę. Niestety, to także póki co mnie ominęło. Patrząc jednak po starszych kolegach z toru, można stwierdzić, że da się utrzymać wysoką formę przez kilkanaście lat. Mam więc jeszcze co robić, i co zdobywać.



Toruń w życiu Miedzińskiego

Nie jest typem sportowca, który po zawodach zamyka się w swoich czterech ścianach i unika tłumów. Miedziński mówi czasami, że szczególnie po sezonie potrzebuje obcowania z Toruniem, wieczornego wyjścia na ulubioną Starówkę. Urodził się w nim, chodził do przedszkola, szkoły podstawowej, a później do średniej - popularnego "mechanika" przy ul. Grunwaldzkiej. Dzieciństwo dzielił między dom a stadion przy ul. Broniewskiego - w miejscu, gdzie dziś stoi handlowa Galeria Plaza. Na ławkach zamontowanych na koronie obiektu podczas zawodów, jako kilkulatek, przysypiał. Budzono go, kiedy pod startem stawał ojciec - Stanisław Miedziński. Później próbował go naśladować, na rowerze robił specjalne tarcze imitujące koła motocykli żużlowych. Do żużla rodzina go nie dopingowała - wręcz przeciwnie, raczej przestrzegała. Teraz Miedziński pytany o to, co zrobiłby, gdyby to jego syn chciał trenować speedway, zachowuje się podobnie. Mówi: - Każdy sport jest dobry dla dziecka. Ale nie namawiałbym do żużla. To nie jest łatwy kawałek chleba. Ale zabraniać nie będę.

30-letni Miedziński jest jednym z nielicznych zawodników w historii toruńskiego żużla, którzy spędzili w miejskim klubie kilkanaście sezonów i nigdy go nie zmienili. Był skazany na speedway ze względu na tradycje rodzinne, choć sportową przygodę zaczynał od treningów aikido. Ze sztukami walki wygrało zamiłowanie do motoryzacji. Od 2005 r. należy do grona kilkudziesięciu najlepszych zawodników polskiej ligi. Najlepszym sezonem był dla niego rok 2013 - wtedy średnia 2,08 punktu na bieg dała mu 12. miejsce w rankingu ligowym.

15 sezonów, jakie w tym roku świętuje Adrian Miedziński, to wielkie osiągnięcie, ale do rekordu Wiesława Jagusia sporo mu brakuje. Ten związany był z klubem z Torunia przez 19. Legendy Apatora Toruń z lat 80. i 90. - Wojciech Żabiałowicz oraz Mirosław Kowalik - zaliczyli ich po 15. Teraz zrówna się z nimi Miedziński. Będzie miał w toruńskim żużlu większy staż niż kolejni zawodnicy sprzed kilku dekad - Eugeniusz Miastkowski i Krzysztof Kuczwalski. Oni w klubie z Torunia spędzili po 14 lat.

Którego z wieloletnich żużlowców Torunia cenisz najbardziej?
Więcej o: