Sport.pl

Toruń zrezygnował z żużlowego Grand Prix. Oddał je za darmo

Miasto już nie będzie zarabiać na żużlowym Grand Prix.
Kolejny turniej GP na żużlu w Toruniu już w sobotę. Ale w innej formule - przed rokiem magistrat się go pozbył: z własnej inicjatywy, bez rozgłosu, wręcz w kuluarach. Prawa do GP Toruń kupił w 2009 r. - wtedy prezydent Michał Zaleski podpisał kontrakt z szefem angielskiej firmy BSI. GP na Motoarenie miała być istotna dla wizerunku Torunia, ale i traktowana jak forma inwestycji, okazja do zysku.

Według umowy sprzed roku Toruń jest ciągle związany kontraktem z BSI, ale pieniądze na prawa do turnieju wykłada klub. I również on inkasuje za sprzedaż biletów, ekspozycję reklam. Różnica między wpływami a kosztami trafia na jego rachunek. Może zarobić albo stracić, ale na to drugie raczej się nie zanosi, bo pieniądze są tu niemałe - na każdym turnieju Motoarena trzeszczy w szwach, a zawody są transmitowane przez telewizję.

Przekazanie GP Unibaksowi potwierdza rzeczniczka prezydenta Torunia Aleksandra Iżycka. Według obowiązującej na lata 2012-2014 umowy "ryzyko organizacji i finansowania zawodów ponosi klub, a nie miasto. Oznacza to, że Unibax musi w taki sposób zorganizować imprezę i ustalić jej budżet, żeby pokryć ją w całości z przychodów ze sprzedaży biletów. Miasto z tytułu umowy nie ma żadnych wpływów do budżetu".



Fenomen tej imprezy i wielkie pieniądze w tle zaczęły się nie od Torunia, ale od Bydgoszczy.

Końcówka lat 90. Światowy żużel ma się nieźle. Jest na niego popyt na zachodzie Europy, gigantyczne pieniądze pompowane w kluby są w Polsce. Angielska firma Benfield Sports International (BSI) za 25 mln dol., kwotę z dzisiejszej perspektywy skromną, kupuje od Światowej Federacji Motocyklowej prawa do organizacji żużlowych mistrzostw globu. Dla firmy to interes życia.

Do tego, by kasować miliony funtów ze sprzedaży praw do żużlowych mistrzostw świata, wystarczy jej później polskie szaleństwo na punkcie motocyklowej rywalizacji. Przez lata monopolistą na krajowym rynku jest Bydgoszcz, ale szybko wyrastają jej konkurenci. GP chcą mieć u siebie Leszno, Gorzów, nawet kilka miast bez wielkich żużlowych tradycji. I Toruń.

BSI widzi, że Polskę można pod względem żużla wycisnąć jak cytrynę. A bębenek jest sprytnie podbijany. Im więcej mówi się o fenomenie GP nad Wisłą, tym bardziej rośnie popyt. A im więcej chętnych, tym wyższe kwoty wchodzą w grę. Tym, jak niesprawiedliwe są polskie ceny za prawa do GP, w kraju nie przejmuje się nikt. Dopiero później okaże się, że Toruń - wprowadzając do cyklu efektowną Motoarenę, świetną organizację i show - płaci za to miliony złotych. Ale już czeska Praga czy szwedzka Malilla - tam turniej GP jest niczym wiejski piknik motocyklowy z rykiem krów w tle - muszą na tę imprezę wydać kwoty nawet kilka razy mniejsze. BSI bezwzględnie traktuje tych, którzy do GP coś wnoszą, a jest pobłażliwe - i godzi się na finansowe promocje - tam, gdzie fenomenu żużla nie ma.



W październiku 2009 r. prezydent Michał Zaleski po podpisaniu umowy na pięcioletnią organizację GP z Paulem Bellamym - dyrektorem zarządzającym firmy BSI - o kontrakcie mówić nie chciał, zasłaniał się tajemnicą handlową. Bellamy, pytany o warunki finansowe, milcząco kręcił głową.

O umowie wiadomo tylko tyle, że Toruń negocjował jej warunki kilka miesięcy, a ostatnie detale nawet na kilka godzin przed jej podpisaniem.

Kibice byli w euforii. Samorządowcy też. Wizja efektownego turnieju rozgrywanego na wybudowanej właśnie Motoarenie kusiła nawet żużlowych sceptyków. Słusznie. Grand Prix w Toruniu okazuje się dotychczas interesem lukratywnym. Każdy turniej kończył się kompletem widzów, a ponad 17 tys. biletów rozchodziło się bez problemów. Przed dwoma laty Unibax przyznał, że według jego analiz chętnych było na nie ponad 30 tys. osób. Struktura widzów jest podobna: tylko ok. 8-9 tys. to torunianie. Pozostali to przyjezdni: rodacy i obcokrajowcy - najczęściej Niemcy, Duńczycy, Szwedzi i Anglicy, choć w ubiegłym roku zdarzały się też rezerwacje od Australijczyków.

Ile trzeba zapłacić corocznie za kilkugodzinne święto żużla w Toruniu? Kwoty są tajemnicą do dziś - magistrat nie ujawnia oficjalnie wydatków, jakie poniósł na GP. Jednak w 2009 r. z dokumentacji urzędników można było wywnioskować, że na jeden turniej zarezerwowano od razu 3,5 mln zł, ale od początku zastrzegano, że na tym raczej się nie skończy. Cztery lata temu Zaleski przekonywał, - powołując się na opinie przedstawicieli BSI - że "prawo do organizacji GP kupiliśmy bardzo tanio".

Po odliczeniu kosztów organizacji można na niej było w Toruniu zarobić mniej niż 1 mln zł. Tak wynika z magistrackich zestawień wpłat od Unibaksu za GP. Tzw. wykonanie - cytując urzędowe zestawienia - za 2010 r. to 802 tys. zł. Już wtedy wpisywano w rubrykę obok "plan 2011". A w nim 800 tys. zł.

W 2011 r. w projekcie budżetu miasta zapisano przy rubryce z GP zero. Można było wtedy oszacować np. wpływy z mandatów nakładanych przez straż miejską (2,06 mln zł) albo opłaty za pobyt w izbie wytrzeźwień (spadek z 760 tys. zł do 690 tys. zł), ale nie można było ustalić przed imprezą, jaki będzie z niej zysk. Od tego czasu GP praktycznie zniknęło z miejskich zestawień.

A pieniądze z GP mogą być sowite. W Bydgoszczy od 1998 r. przez lata za przeciętny uznawano zysk na poziomie 1,5 mln zł. Kiedy w 2010 r. kibiców i sponsorów było wyjątkowo wielu, Polonia zarobiła w jeden wieczór aż 2,4 mln zł.



"A co stanie się, jeśli wyścigi konne zamienią się w wyścigi chomików, a opłaty za tę imprezę ciągle będą jak za zawody na Służewcu?" - kiedy Robert Jałowy, gorzowski radny Prawa i Sprawiedliwości, zapytał kiedyś w tak nietypowy sposób o sens organizacji w swoim mieście żużlowego GP, trafił w sedno.

Gorzów i Toruń są do siebie podobne. Ten pierwszy jest mniejszy, ale w żużlu rozkochany nie mniej niż mieszkańcy i oficjele drugiego. W obu miastach kluby - Stal i Unibax - drenują lokalny rynek sponsorski, dominują w walce o wpływy, co przekłada się na powolny upadek miejskich konkurentów. Magistraty też są zgodne: żużel traktują jak miejskie wizytówki. I z myślą o nich zainwestowano w GP.

W Gorzowie wszelkie ustalenia dotyczące GP, finansowanego z miejskiej kasy, miały być tajemnicą, ale radni mieli więcej odwagi niż u nas - przeforsowali ujawnienie detali umowy. Tam miasto za GP płaci BSI w funtach - w dwóch ratach: jedna jest zazwyczaj w marcu, druga wczesnym latem. Np. w 2011 r. kwota rozkładała się niemal równo. Miasto musiało przelać na konto Anglików kolejno 200 i 212 tys. funtów. Następne 112 tys. dołożyła Stal. W sumie jedna impreza kosztuje Gorzów ok. 525 tys. funtów, czyli niespełna 3 mln zł. Umowa na pięć lat to minimum 15 mln zł. A do tego doliczyć trzeba - jak wskazuje gorzowski radny, adwokat i były szef żużlowców Stali Jerzy Synowiec - miejskie koszty ukryte: kilkaset darmowych biletów, zapewnienie hoteli, taksówek. W Gorzowie mówi się wprost o całej kwocie 17,5 mln zł. To rekord w skali Polski. Nasz informator, osoba znająca kulisy negocjacji polskich miast z Anglikami, twierdzi, że toruński kontrakt był zbliżony formą i kwotami do gorzowskiego, ale zaznacza, że Toruń wynegocjował cenę nieco niższą.

Toruń centrum konfliktu

Rola Unibaksu w toruńskim GP od początku jest specyficzna. Wojciech Stępniewski, pierwszy prezes tego klubu żużlowego, był przy turnieju od początku. I też od początku przy GP w Toruniu jest Unibax. Jemu magistrat zlecał całą czarną robotę - od przygotowania stadionu, przez zabezpieczenie imprezy, po zapewnienie fajerwerków po wyścigu finałowym. Rola miasta ograniczała się tylko do wyłożenia na GP pieniędzy i eksponowania nazwy "Toruń".

Sobotni turniej to przedostatnia impreza, którą Toruń organizuje na podstawie umowy z 2009 r. Trudno przewidzieć, czy będą kolejne, bo przyszłość GP stoi pod wielkim znakiem zapytania, a Toruń jest właśnie na rozdrożu. I musi zadecydować, czy angażować się w kolejny projekt Speedway Grand Prix.

Torpedą wymierzoną w GP są mistrzostwa Europy. Oficjalnie ich celem nie jest obalenie dotychczasowego układu. W praktyce nie da się tego uniknąć. Toruń jest frontem walki między firmami organizującymi ME i MŚ. Te pierwsze są od nowego sezonu w nowej, atrakcyjnej formule zbliżonej charakterem do GP, ze sporymi nagrodami finansowymi. Żużlowcy już zmagają się z dylematem, co wybrać - walkę o mistrzostwo świata firmowaną przez Anglików, czy rywalizację o prymat w Europie wypromowaną w Polsce. A praktycznie - w Toruniu.

Organizatorem nowej formuły mistrzostw Europy jest zarejestrowana w mieście spółka One Sport. Tworzą ją torunianie. W projekcie wspomaga ich Sławomir Kryjom - menedżer żużlowców Unibaksu. A sam Unibax jest jednym ze strategicznych sponsorów cyklu mistrzostw Europy. Jego gigantyczne logo były w tym sezonie eksponowane na turniejach w Gdańsku, Rzeszowie, rosyjskim Togliatti i chorwackim Goriean. Innym ze sponsorów jest firma Nice. Włoski gigant systemów bram domowych był też powiązany - jako sponsor - z toruńskimi żużlowcami, a niedawno firmował GP. A jedną z ważniejszych postaci Nice jest Adam Krużyński - były działacz żużlowego KS Toruń. To jego - jest teraz również działaczem Głównej Komisji Sportu Żużlowego - firma BSI uznaje za persona non grata na swoich imprezach. Podobnie jest z właścicielami toruńskiego One Sport. Na sobotnim turnieju na Motoarenie miał wisieć jego transparent dziękujący żużlowcom i kibicom za wspólne emocje przy okazji mistrzostw Europy. Unibax go zdjął, by nie drażnić BSI.

Konflikt o wpływy w światowym żużlu jest na tyle poważny, że nikt poza BSI nie odważy się przewidywać, czy GP za kilka lat będzie jeszcze atrakcyjne, a co za tym idzie: czy warto na nie wydawać miliony złotych.

Angielska firma już grozi, że zmusi żużlowców do wyboru: albo walczą w jej turniejach o mistrzostwo świata, albo imprezach organizowanych przez torunian. Jednak i druga strona może sięgnąć po mocne argumenty: albo starty w GP, albo w polskiej lidze. A to w niej są największe pieniądze do zdobycia.

Którą z tych imprez czeka lepsza przyszłość?
Komentarze (4)
Toruń zrezygnował z żużlowego Grand Prix. Oddał je za darmo
Zaloguj się
  • albrecht_kalba

    Oceniono 29 razy 1

    Czyli miasteczko zostało ze stadionem zbudowanym do potrzeb TYLKO jednej dyscypliny sportowej, bez GP i z drużyną, która oddaje mecze walkowerem. Mieszkańcom Torunia gratulujemy trafnych wyborów przy urnach :)

  • srakanamaksa

    Oceniono 8 razy 0

    prawda jest taka że pan prezydencik torunia pojechał po bandzie .szczycił się GP w toruniu,walił kase a teraz zwija żagle.co się dziwić w końcu toruń to najbardziej zadłużone miasto w polsce .i niestety za czasów obecnego prezydencika miasto dostało w kość finansowo.no ale-TORUŃ MIASTO SPORTU.tylko jakiego.chyba w bierki elektryczne.

  • stan1100

    Oceniono 3 razy -1

    Chłopcy nie macie pojęcia to się nie wypowiadajcie na temat Torunia,jesteście żałośni i zagrajcie w te bierki razem.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX