Roman Karkosik i Unibax: od bohaterów Torunia do miejskich wrogów żużla

Kilka godzin wystarczyło, by Roman Karkosik z szastającego milionami bohatera, lokalnego sportowego filantropa, stał się persona non grata we własnym klubie i wrogiem numer jeden polskiego żużla
Toruń, poniedziałek. Motoarena - stadion żużlowy, który miasto postawiło za grube miliony. Mija kilkanaście godzin, odkąd Unibax lekką ręką, jakby od niechcenia, zrezygnował z walki o złoto w ekstralidze. Pod siedzibą drużyny ktoś kładzie na chodniku klubowy szalik.

Z jednej strony - logo zespołu. Z drugiej - herb Torunia. Między nimi pięć palących się zniczy i napis: "Ostatnie pożegnanie - Unibax".

Później nad szalikiem ktoś niechlujnie dokleja zwykłą kartkę papieru do muru kawałkiem taśmy. Kilka krótkich słów, napisane odręcznie. Prosty przekaz. Bez adresata, ale ten jest zbędny. "Skompromitowaliście Toruń w oczach całej Polski oraz żużlowego świata. Mamy dość tego burdelu".

Ani szalika, ani kartki długo nikt z klubu nie rusza.

Toruński patriota bez splendoru

Kiedy Karkosik i jego Unibax z impetem wchodzili w toruński żużel, na stadionie - jeszcze przy ul. Broniewskiego - witał go kibicowski transparent: "Za Aniołów uratowanie dziękujemy ci, Romanie".

Jest jesień 2006 r. Toruński żużel dogorywa. Wieloletni sponsor Apator SA nie chce z nim mieć nic wspólnego. Marek Karwan, bogaty wtedy biznesmen utrzymujący klub, także. Innych możnych nie widać. Prowadzące zespół stowarzyszenie i grupka pasjonatów zbierają pieniądze niczym w Szkolnej Kasie Oszczędności, ziarnko do ziarnka, ale nie starcza nawet na spłatę długów. Kiedy te sięgają 2 mln zł, nadzieja już tylko w klanie Karkosików.

Żyją w cieniu, nie eksponują się. Roman, najbogatszy, w ogóle nie jest kojarzony z żużlem. Mirosław, młodszy, bywa na meczach, żyje nimi. Jest jeszcze trzeci z braci, Ryszard. Toruń nie ma wątpliwości. Jeśli klub ma się uratować, to dzięki nim.

A najbogatszy z Karkosików niczym Lech Wałęsa: nie chce, ale musi.

Długo negocjacje z nim są tajemnicą poliszynela. Aż w końcu Toruń obiega informacja: tak, udało się go namówić. Karkosik wydaje oświadczenie. Przekaz jasny: wcale się do ratowania klubu nie palił, ale lokalna solidarność zobowiązuje. "Kreowano mnie już na tego, który miałby ocalić toruński żużel od całkowitego upadku, na swego rodzaju męża opatrznościowego" - pisze w oświadczeniu. Sam siebie określa jako "toruńskiego patriotę", który nie chce być postrzegany jako prywatny sponsor "kupujący klub do dodania sobie splendoru, lecz jako uczestnik szerszej struktury, której misją jest podtrzymanie świetnej tradycji sportu żużlowego w Toruniu".

Ci, którzy znają go bliżej, dziwią się - to bezlitosny as biznesu, nie zna w interesach uczuć. Jeśli angażuje się w projekt żużla w Toruniu, to ma w tym ukryty cel. Grunty? Wpływy w magistracie?

Tak zaczyna się dla przeciętnego kibica żużla w Toruniu droga Karkosika od bohatera do winnego.

Za firanką maybacha

Zaczyna w wielkim stylu. Namaszcza na prezesa młodego menedżera Wojciecha Stępniewskiego. Dziś ten - jako prezes ligi - kręci z niedowierzaniem głową, widząc, co w finale zrobił jego były szef. Karkosik pieniędzy na żużel nie szczędzi, ale jest też magnesem, gwarancją tego, że pieniądze marnowane nie będą. Sponsorów w klubie coraz więcej, w dobrym stylu jest mieć swoją reklamę na stadionie koło logotypów firm właściciela klubu.

Sam Karkosik konsekwentnie unika mediów. Klubem rządzi w cieniu. Rusza do akcji sporadycznie. Gdy dwa lata temu trzeba było przedłużyć kontrakty z gwiazdami zespołu, sam zabrał się za negocjacje, które skończył w jeden wieczór. Podpisy żużlowców kosztowały go miliony, ale to bez znaczenia. Podobnie było w tym roku, kiedy ktoś w Unibaksie wpadł na pomysł, że Ryan Sullivan - jeszcze niedawno as ligi, dziś raczej żużlowy emeryt - może być zbawieniem kadrowym zmagającej się z kontuzjami drużyny. Karkosik też sam, jak mówi się nieoficjalnie, ustala z nim warunki pracy w Toruniu. Przy okazji - delikatnie to określając - wprowadza w zakłopotanie menedżera własnego zespołu. Kryjom najpierw przekonuje, że tematu Sullivana w Unibaksie nie ma, by następnego dnia dowiedzieć się, że jest. I ma go wstawić do składu, choć tego nie chce.

Oficjalnie Karkosik od lat niczego, co związane z zespołem, komentować nie chce, zazwyczaj się chowa - a to za firanką czarnego maybacha przyjeżdżającego na stadion, a to w swojej loży na Motoarenie. Ci, którzy są blisko niego, mówią jednak, że coraz bardziej żyje ligą i zespołem. Typ zwycięzcy, zależy mu na wygranej.

Tylko że Karkosikowy Unibax mistrzostwo Polski zdobywa raz. Niemal co rok przygnębiające - z punktu widzenia milionera - zderzenie z rzeczywistością. Pieniędzy w Toruniu w bród, gwiazd mnóstwo, warunki niczym w piłkarskiej Barcelonie, ale jesienią złoto świętuje konkurencja. Mistrzostwo dla Unibaksu staje się sprawą honoru.

Kiełbasa zamiast szalików

Im bardziej Karkosik angażuje się - finansowo, emocjonalnie - w żużlowy projekt w Toruniu, tym bardziej słabnie jego pozycja wśród szalikowców.

Zaczyna się niewinnie. Część z tych, którzy na transparencie pisali "dziękujemy ci, Romanie", chce, by żużel w Toruniu był pod tradycyjnym znakiem Apatora. A nie nazywał się Unibax - tak jak Karkosikowa spółka najpierw produkująca maszyny i handlująca granulatem oraz bydlęcymi skórami, produkująca włókniny, zajmująca się ochroną. Dla szalikowców, ceniących sobie żużlową tradycję, to nie do zaakceptowania.

Nazwy "Unibax" więc nie skandują. Później pojawiają się plotki, iż w ich sektorze szalików z logo biznesu Karkosika nosić nie wolno. Apogeum konfliktu nadchodzi wiosną tego roku. Unibax robi to, czego Karkosik chciał od dawna: zatrudnia Tomasza Golloba. Bydgoszczanin, symbol konfliktu na linii Apator - Polonia z lat 90., jest dla szalikowców nie do zaakceptowania. Gdy na dodatek Unibax godzi się, by w klubowej szkółce był też jego bratanek - kolejny Gollob - nie ma szans na kompromis między klubem a sprytnym, pomysłowym, choć kontrowersyjnym Stowarzyszeniem "Krzyżacy". Szalikowcy rezygnują z meczów na Motoarenie, ograniczają się wyłącznie do meczów wyjazdowych, na których i tak - według Unibaksu - lżą Golloba i obecną organizację klubu. Na celowniku są i Kryjom, i prezes Mateusz Kurzawski, i szef rady nadzorczej Jakub Nadachewicz.

Unibax w konflikt z szalikowcami otwarcie się nie angażuje, ale wyraźnie pokazuje przez ostatnie pół roku, w jaką stronę zmierza. Jego cel to bogatsza klasa średnia. Ma pieniądze, przyjdzie na mecz całymi rodzinami, kupi kiełbasę, pomacha chorągiewkami z napisem "KST Unibax". To skuteczne: nigdy na żużlu w Toruniu nie było tak wielu widzów jak w drugiej połowie tego sezonu. 16-17 tys. - te liczby musiały robić wrażenie.

Dziś właśnie ta grupa docelowa, owe kilkanaście tysięcy torunian, może nie zaakceptować tego, co zrobili w niedzielę Karkosik i Unibax.

Zwierzyna do zarżnięcia

Sobota, ostatni dzień przed finałem ligi. Wieczór, w Szwecji trwa turniej Grand Prix. Hołubiony przez Karkosika Gollob ma kolizję. Upada na tor, ma uraz kręgosłupa. Trzeba być żużlowym laikiem, by wierzyć w to, że nagle zejdzie z łóżka w szpitalu, ruszy w podróż i powalczy za Unibax w finale ekstraligi.

Niedziela. Zespół rusza z Torunia do Zielonej Góry. Unibax sonduje, czy w finale Stelmet Falubaz zgodziłby się przełożyć termin meczu. Powód: bez Golloba Toruń nie ma szans. Władysław, ojciec gwiazdy torunian, później w "Przeglądzie Sportowym" powie, że rywalizacja w takich warunkach byłaby "zagonieniem zwierzyny do zarżnięcia na stadionie".

Falubaz odmawia. Nie widzi powodu, by rezygnować z łatwej wygranej, nie chce przekładać meczu ze względu na kilkanaście tysięcy ludzi na stadionie. I przede wszystkim: nie może tego zrobić zgodnie z regulaminem. Jest za późno.

Na półtorej godziny przed rozpoczęciem meczu o złoto żużlowcy Unibaksu się pakują i z Zielonej Góry wyjeżdżają.

Konsternacja. Skala zamieszania - dotychczas niespotykana.

Relację na żywo z Zielonej Góry robi TVN24. Rozmiar skandalu rośnie, gdy jest coraz więcej świadków twierdzących, że torunianie chcieli się ścigać - nawet bez Golloba - ale dostali rozkaz z góry. Z samej góry. I prezes klubu, i formalnie całe to zamieszanie firmujący menedżer, byli tylko pionkami.

Tak Unibax - żużlowe dziecko bogacza spod Torunia - jest odmieniane przez wszystkie przypadki, gdzie tylko się da. Marek Jankowski, szef zielonogórzan, w nSport emocjonalnie żąda, by Karkosika, Kurzawskiego i Kryjoma wyrzucić z polskiego żużla najlepiej na 112 lat. Zbigniew Boniek na Twitterze kwituje: "Czegoś podobnego nie widziałem".

"Ale żenada" - pisze w sieci żużlowy mistrz świata juniorów Patryk Dudek. Portale zaczynają licytację na tytuły. "Szefowie Unibaksu ze słomą w butach" - ocenia ich jeden z dzienników. Minister Joanna Mucha żużlowym ekspertem nie jest, ale grozi karami. Prezydent Torunia Michał Zaleski od Unibaksu "domaga się wyjaśnień". Dowhan rusza do Torunia na krucjatę, by opowiedzieć o swojej wersji radnym. A TVP Info w poniedziałek rzuca wszystko, by równo w południe choć przez kilka minut pokazać na żywo konferencję toruńskiego klubu. PiS, PO, Janusz Palikot - wszyscy na chwilę są w cieniu Torunia, Unibaksu i Karkosika.

Luzak a konserwatysta

Ten szybko jest uznany za winnego skandalu. Kto inny mógłby zakazać żużlowcom Unibaksu walki w finale? - Manipulowano nimi. Wykonywali decyzje, z którymi się nie solidaryzowali - ocenia szef Polskiego Związku Motorowego Andrzej Witkowski.

Dzień po finale Kryjom i Kurzawski przekonują na konferencji - to dla niej TVP Info oderwało się od polityki na rzecz żużla - że bojkot finału był decyzją całego zespołu i zrobiono go dla poszanowania zasad fair play. Mówią wprost: formalnie decyzję o rezygnacji podjęła rada nadzorcza. Nikt z niej nie miał odwagi, by stanąć w poniedziałek naprzeciw dziennikarzy i wyjaśnić, dlaczego doprowadzono do kompromitacji.

A w radzie są m.in. szef spółki Unibax Jakub Nadachewicz, Ryszard Karkosik i - jak mówi się o nim w klubie - "Boss". Roman Karkosik.

Dwa lata temu w wywiadzie dla magazynu "Manager" mówił: - Nie jestem prezesem [swoich firm - red.]. Moja funkcja ogranicza się do członkostwa w radach nadzorczych kilku firm. Jak wspomniałem, generalnie nie interesuje mnie zarządzanie operacyjne, po to są zarządy.

Czy o wyjeździe z Zielonej Góry zadecydowała specyficzna wymiana uprzejmości między nim a senatorem Robertem Dowhanem, szarą eminencją zielonogórskiego żużla - szefem Stowarzyszenia ZKŻ, byłym prezesem klubu?

Dowhan to typ politycznego luzaka. Niestandardowe kolory koszul - róż mile widziany - bezpośredniość, swoboda, czasami lekka ironia. Przez lata kierował Falubazem, teraz pilotuje klub niejako z tylnego siedzenia. Nic, co ważnego dzieje się w żużlowej Zielonej Górze, nie może dziać się bez niego. Chciałby mieć też coraz większe wpływy w żużlu krajowym.

Karkosik to jego mentalne przeciwieństwo. Cichy, unikający mediów, konserwatywny do szpiku kości, niechwalący się swoim majątkiem. Nie bawią go sztubackie żarty, nie przepada za nadmierną swobodą. Partnerów biznesowych ma obowiązywać szacunek.

Tego, że Dowhan i Karkosik wymieniali się wiadomościami i rozmawiali, nikt oficjalnie nie potwierdza. Dowhan w czwartek zdecydowanie zaprzeczył temu, by doszło między nimi do jakiejkolwiek scysji. Karkosik, mimo zamieszania w mediach, sprawy nie komentuje.

Wątek ich relacji dotarł do wszystkich bohaterów zamieszania w Zielonej Górze. Trener Falubazu Rafał Dobrucki: - Ja SMS-a nie widziałem, ale tak się mówi w kuluarach.

Inna osoba, która była w samym centrum zamieszania w niedzielę: - Nie wiem, czy dokładnie przez jakiś konkretny SMS, ale wiadomo, że ktoś ważny w Toruniu poczuł się przez Falubaz urażony. I dlatego Unibax w końcu zrezygnował z jazdy.

Tchórz. Nowe logo Unibaksu

Co ten spontaniczny manewr oznacza dla miasta? Karkosik i Unibax mają po przeciwnej stronie barykady już nie tylko lekceważonych dotychczas szalikowców. Także kilkuset tych, którzy - nie licząc się z kosztami i praktycznie żadnymi szansami na walkę o złoto - przejechali z Torunia do Zielonej Góry. Klub zakpił z tysięcy mieszkańców czekających na honorową walkę przed telewizorami. W internecie już tworzą się grupy namawiające, by od Unibaksu się odciąć, by w Toruniu postawić na żużel może i drugoligowy, ale bez magnata. Jeden z obecnych sponsorów drużyny: - Bez Karkosika można, przy większym udziale miasta, zebrać budżet na poziomie ok. 60 proc. obecnego. To wystarczy nie na drugą ligę, ale tę samą, w której jesteśmy teraz. Nie byłoby po prostu Golloba, może jeszcze kogoś. Toruń walczyłby pewnie o 5.-6. miejsce, ale na pewno bez skandali. Ten klub trudno teraz brać na serio.

Na pewno w internecie. Sieć z Torunia kpi jak nigdy. Kibice prześcigają się w tworzeniu ironicznych grafik. Bohater numer jeden - Karkosik. W różnych pozach. Wersja 1: w garniturze, z globusem w dłoni. I chmurka niczym z komiksu: "Daleko nie mają. Mogą wracać". Inny z pomysłów. Narysowany Roman Wilhelmi z komórką w dłoni. "Mówi gospodarz Anioł, natychmiast wracajcie do klubu".

I jeszcze jedno. Zwykłe zdjęcie tchórza. Jako propozycja nowego logo Unibaksu.



W sobotę rozstrzygnie się, jak Komisja Orzekająca Ligi - dwóch radców prawnych i jeden prokurator - oceni przewinienia Unibaksu i menedżera Sławomira Kryjoma. Ten ma niewielkie szanse na to, by uniknąć np. zawieszenia w pracy w lidze. Kary dla Unibaksu mogą być wyjątkowo poważne, choć większość osób związanych z żużlowym środowiskiem twierdzi, że skończy się na sporej karze finansowej oraz punktach ujemnych na początek sezonu 2014.

Największa wątpliwość to ocena nacisków na żużlowców. Za nakłanianie ich do rezygnacji z jazdy grozi degradacja. A świadków twierdzących, iż sami zawodnicy nie mieli wyjścia i musieli podporządkować się decyzji "z góry", jest sporo.

Czy tylko degradacja byłaby dla Unibaksu bolesnym rozwiązaniem? Tak twierdzi np. Paweł Mizgalski, szef częstochowskiego Włókniarza. W Karkosiku widzi magnata nieliczącego się praktycznie z wydatkami. Ocenia: - Jakakolwiek kara finansowa nie będzie dla niego bolesna.

Nie będzie. Majątek Karkosika to 3 mld zł.

Czy w Toruniu byłby teraz ekstraligowy żużel bez Romana Karkosika?