Ryan Sullivan ma jechać po złoto prosto z żużlowej emerytury

Męczą go zakwasy, boli dłoń. Silnik pożyczy, od ścigania zrobił sobie skromną 10-miesięczną przerwę - choć wcześniej deklarował koniec kariery. Żużlową emeryturę przerwał, bo Unibax w potrzebie, a i pula euro od Romana Karkosika wygląda na godną. Powrót Ryana Sullivana do Torunia to sytuacja, jakiej w polskim żużlu jeszcze nie było.
Nawet transfer Tomasza Golloba, dzielącego kibiców jak nikt inny, nie generował tyle wątpliwości, pytań i dylematów, jak nagły zwrot w sprawie Sullivana.

Czego można spodziewać się po żużlowcu, który ostatnie dziesięć miesięcy spędził poza torem, sprzedał swoje silniki, rozstał się z mechanikiem, a czas dzielił między ojcowskie obowiązki domowe, komentowanie spotkań w lidze angielskiej i doradztwo w Peterborough Panthers? Jest teraz postrzegany jako ktoś, kto odmieni Unibax. Wyciągnie go z przeciętności, odnowi szanse na złoto.

Naiwność?



Unibax był bez wyjścia

Po części - na własne życzenie. Zatrudniając go w tym tygodniu, zrobił to, co mógł zrobić znacznie wcześniej. Zaryzykował inny wariant i przegrał. Angaż Sullivana można oceniać jako przyznanie się do kadrowych błędów. Nie ma w tym jednak nic złego. Prawdziwym błędem byłoby tkwienie w personalnym marazmie, którego symbolem byli Edward Kennett i Matej Kus.

Gdy kontuzji doznał Chris Holder, torunianie jakikolwiek ruch kadrowy wykonać musieli - choćby po to, by być w zgodzie z nonsensami regulaminowymi i wartościami KSM. Stąd wymuszone sięgnięcie po Anglika. Koncepcja z Kennettem była totalną porażką. Unibax się przeliczył, zbytnio uwierzył w to, że wystarczy dać mu silniki Holdera, by te niosły Anglika choćby w połowie tak szybko jak błyskotliwego Australijczyka. Kiedy w połowie maja Kennett został zatrudniony w Toruniu, Kryjom twierdził (cyt. za Sportowefakty.pl): - Z żużlowców, którzy są teraz dostępni, spisuje się najbardziej solidnie. (...) Rynek jest dzisiaj tak wyczyszczony z zawodników, że tak naprawdę nie mieliśmy zbyt wielkiego wyboru. (...) Nie będziemy już sprowadzać żadnego innego zawodnika.

Jeden mecz wystarczył, by koncepcja się zmieniła. Dziś Kennett w Unibaksie postrzegany jest jako żużlowiec, który - jak uważa Kryjom - * nie może zaangażować się w starty w Polsce * nie ma sprzętu pozwalającego na rywalizację w ekstralidze * nie ma doświadczenia w walce ze światową czołówką.

Unibax, po fiasku z Kennettem, próbował ratować się manewrem z Matejem Kusem. Oczekiwań od Czecha praktycznie już nie było, bo i czego oczekiwać w ekstralidze od żużlowca z trudem walczącego z realiami II-ligowymi?

Po dwóch kadrowych niewypałach cierpliwość właściciela klubu wyraźnie się skończyła, bo sposób toczenia negocjacji z Sullivanem był nietypowy. Na drugi przylot do Polski i kolejną próbę porozumienia namówił go Roman Karkosik. Właściciel klubu zrobił to niemalże w sekrecie, wtajemniczając w temat tylko kilka osób. W tym gronie wyraźnie nie było ustalającego skład Kryjoma. Kiedy Sullivan już wybierał się na ustalone treningi na Motoarenie, menedżer Unibaksu twierdził, że o angażu Australijczyka nic nie wie i raczej nie spodziewa się, by w ogóle do niego doszło.

Doszło w tempie ekspresowym - po to, by z formalnościami zdążyć do północy w środę, gdy mijał kolejny termin zgłaszania zawodników do ligi.



Żużlowa tajemnica handlowa

Choć Toruń huczy od kwot, jakie miałby zarobić Sullivan za zgodę na alarmowy powrót do składu, nie jest to dla Unibaksu aż taki wydatek, jak można by sądzić. Nawet jeśli Australijczyk wynegocjował - wszystko jest tajemnicą handlową - kilkadziesiąt tysięcy euro za mecz. W porównaniu do pierwszych rozmów Sullivan nieco złagodził swoje oczekiwania, a Unibax również nieznacznie podwyższył to, co oferował na początku.

W budżecie wchodzi niejako w miejsce Holdera, który drugą połowę sezonu pod względem finansowym może uznać za straconą - inaczej byłoby, gdyby objęły go obowiązkowe ubezpieczenia proponowane przez ekstraligę przed sezonem. Z tej perspektywy opłacenie Sullivana nie wiąże się więc z dodatkowymi wielkimi kosztami.

Naiwnością - w kontekście finansowym - jest krytyka Unibaksu za wcześniejszy angaż Kennetta i Kusa. To były złe wybory pod względem stricte sportowym, mecze zaliczone przez nich można było wykorzystać na ligową "rozgrzewkę" Sullivana. Argumentacja, iż pieniądze przeznaczone na Anglika i Czecha można było przeznaczyć na Australijczyka - i w ten sposób szybciej dojść z nim do konsensusu - jest nie do przyjęcia. Wynagrodzenia za podpisanie kontraktów musiały być symboliczne, a za formalne zatwierdzenie Kennetta i Kusa do zespołu zapłacić trzeba było w sumie 2 tys. zł. Dla klubu z kilkumilionowym budżetem to żaden wydatek - za to solidna alternatywa na wypadek gdyby ktokolwiek dołączył do grona mniej lub bardziej kontuzjowanych żużlowców w tym sezonie.



Uścisk dłoni z prezesem

Zarzuty, że drużyna mogłaby mieć pretensje do Sullivana za sposób, w jaki opuścił ją na początku sezonu, są absurdalne. Po pierwsze: trudno przypuszczać, by ktokolwiek z zawodników rozpatrywałby to w taki sposób. Po drugie: rezygnacja Australijczyka automatycznie rozwiązała problem nadmiaru klasowych seniorów. Czy Adrian Miedziński - prawdopodobnie on straciłby miejsce w drużynie na rzecz Australijczyka - miał coś przeciwko temu, że szybko zyskał pewne miejsce w drużynie? Teraz powrót Sullivana może dać więcej dobrego niż złego.

Unibax jest pewny: problemów, w związku z powrotem Sullivana nie będzie. Klub traktuje jego powrót bardzo wizerunkowo - i słusznie. Konferencja prasowa, sesja zdjęciowa z uściskiem dłoni między prezesem Mateuszem Kurzawskim a sceptycznie nastawionym do niego wcześniej Australijczykiem - to pozytywnie wpływa na klubowy PR. Powrót Sullivana to też skuteczny element w walce o zainteresowanie klientów-kibiców.

W żużlowym obiegu

Unibax stawia na Sullivana ostrożnie. W niedzielę we Wrocławiu nie będzie prowadzącym parę, a wystartuje obok Darcy'ego Warda. Hurraoptymizm jest niewskazany. Nieprzypadkowo Sullivan, jak tylko może, prosi o cierpliwość kibiców.

Trudno Sullivanowi odmówić profesjonalizmu. Wygląda tak, jakby chciał w tydzień nadrobić miesiące zaległości. Wtorek i środę spędził na treningach, w czwartek był w Anglii, ale już dziś i w sobotę ma pracować nad formą w Bydgoszczy. Nawet taki reżim treningowy może jednak nie wystarczyć do tego, by szybko wrócić do formy sprzed roku.

Nie ma - wbrew spekulacjom - nadwagi, nie ma też problemów z dynamiczną jazdą na motocyklu. Od jesieni regularnie trenował, a przerwę od cyklu na siłowni zrobił sobie tylko wiosną - na kilka tygodni. Z drugiej strony: przyznał szczerze, że dzień po kilku testowych okrążeniach na Motoarenie miał zakwasy. Ciągle odczuwa ból kontuzjowanej przez miesiącami dłoni - nie jest w takim stanie, jakiego by oczekiwał.

Jak Sullivan odnajdzie się w lidze po niemal roku? Wypadł nieco z obiegu - to pewne. Ma teraz tylko jeden silnik, kolejny chce pożyczyć od Holdera. Jego świetny mechanik wzmocnił team Pawła Przedpełskiego. Z żużlem Sullivan - jeśli traktować jego deklaracje poważnie - z premedytacją się rozstał. Twierdzi, że nie analizował wyników toruńskiego klubu, nie brał pod uwagę powrotu do ligi. Aż dziwią słowa, iż o kontuzji Holdera dowiedział się ze sporym opóźnieniem - tym bardziej że są rodakami, znają się prywatnie, ten ostatni po wypadku na torze był w szpitalu w Anglii, a Sullivan formalnie jest przecież menedżerem klubu z Peterborough.

Więcej w tym angażu dylematów niż odpowiedzi. Szczególnie w kontekście przyszłości. Ani Sullivan, ani klub nie chcą odpowiedzieć na to, czy Australijczyk dostał oczekiwaną gwarancję startów, czy też w ewentualnym play-off Unibax będzie mógł jednak korzystać z tzw. zastępstwa zawodnika za Holdera. Nie ma też odpowiedzi na to, czy jego powrót do Torunia obowiązuje ledwie kilka spotkań do końca roku 2013, czy też jest już sygnałem gotowości na kolejny - 2014.

Ile punktów zdobędzie Sullivan w niedzielę we Wrocławiu?