Żużlowcy będą mieli problem. Mają silniki, ale skąd wziąć resztę?

Zawodnicy nie będą mieli już okazji korzystać ze sprzętu sygnowanego logo Jawy.
Firma z Pardubic istniała od końca lat 20. W czasach PRL podbiła polski żużel. Jeszcze w połowie lat 90. najlepsi zawodnicy świata zgodnie korzystali właśnie z maszyn czeskiego koncernu.

Później żużlowcy coraz bardziej od Jawy się odwracali - tym bardziej, że firma była niechętna do tego, by konsultować zmiany w swoim sprzęcie z zawodnikami. Masowo zaczęli więc korzystać ze sprzętu GM.

Jawa w ostatnich latach praktycznie wypadła z żużlowego obiegu. Światowa czołówka zgodnie wybierała tylko silniki GM. Wyjątkami byli Kenneth Bjerre i ocierający się kiedyś o elitarną grupę Tai Woffinden.

Dlaczego nikt z możnych światowego speedway'a nie chciał już korzystać z Jaw? GM-y uznawane są za maszyny wykonywane z materiałów o lepszej jakości. Nie są tak twarde, dzięki czemu żużlowcy nie odczuwają nierówności na torze.

Według mechaników mankamentem Jaw były także ukryte koszty. Choć sprzęt na pierwszy rzut oka wydawał się tańszy od konkurencyjnych, jego modernizacje znacznie podwyższały cenę. W efekcie Jawy niewiele różniły się od GM-ów.

Teraz, gdy Jawa oficjalnie jest bankrutem, zawodnicy startujący w polskich klubach mogą mieć problem. Choć rzadko kto korzystał z silników Jawy, to ponad połowa decydowała się na jej ramy do motocykli. Te nie będą już produkowane.