Maratończycy biegli chroniąc blondwłosą koleżankę. Jak służby specjalne

Mer Stambułu strzela, to znak do startu. Przed moimi nogami przewraca się drobna Turczynka.
Z trudem wstaje. Chciałbym pomóc, ale wielotysięczny tłum niesie mnie bez prawa do protestu. A to dopiero start, jeszcze tylko 42 km i 195 metrów - o maratonie w Turcji pisze jeden z najlepszych toruńskich biegaczy, Witold M. Orcholski z TS Opatrunki Toruń.



Jest tylko jeden dzień w roku, kiedy Most Bosforski łączący oba kontynenty zostaje otwarty dla ruchu pieszego. W innym czasie próba jego przebiegnięcia niosłaby ryzyko otrzymania bolesnego mandatu. Ten jedyny dzień wyznaczony jest przez maratończyków. Ma wyjątkowe znaczenie, bo łączy różne nacje, religie, kultury.

Stambuł w swej dwuipółtysięcznej tradycji przyciągał cesarzy, armie, awanturników, kupców, filozofów, wielkie postaci religii, a teraz zaprosił maratończyków z całego świata, w tym znaczną grupę toruńskich i brodnickich biegaczy skupionych wokół Towarzystwa Sportowego Opatrunki. Maraton, jak chyba żadna inna dyscyplina, nie daje się wyłączyć z kontekstu kulturowego - zwłaszcza tu, w mieście siedmiu wzgórz (jak siedmiu minaretów). Łatwo zauważyć, że bieg na dystansie przeszło 42 km jest nie mniej trudny jak koegzystencja tak wielu przekonań, religii, które tu w Stambule tak żywo się stykają. Rzesza ponad stu tysięcy biegaczy z 88 krajów mijając kościoły, meczety, synagogi zmagała się ze swoimi słabościami, niekiedy bólem i przeciwnościami zmiennej pogody. Wolontariuszki w czadorach pomagały na trasie nawet tym, którzy nie przestrzegali islamskich zakazów dotyczących stroju. Wiele tysięcy wolontariuszy dało nam niezłą lekcję tolerancji, może nade wszystko serdeczności.

Jednak wróćmy na start, albo nawet chwilę wcześniej. Historia biegu w Stambule sięga roku 1979, kiedy grupa turystów zaproponowała, że zorganizuje bieg pomiędzy Azją a Europą. Linie startu wyznaczono 700 metrów przed mostem nad Bosforem. Miejsce startu pozostało niezmienione i tak też było na obecnej 34. edycji Istanbul Eurasia Marathon. Trasa została nieco zmieniona, ale organizatorzy tak ją poprowadzili, by pozwolić zajrzeć do zakamarków historii tego tajemniczego miasta.

Do Stambułu przylecieliśmy dzień przed biegiem. Sobotni poranek przywitał nas rześkim deszczem, a gospodarze aromatycznymi oliwkami, które tu podaje się niedrylowane - z białym słonawym serem i europejskimi bułeczkami. Smaczne to wszystko, ale ta dieta nie wystarczy na 42 kilometry i walkę z morskim wiatrem. Znaleźliśmy w pobliżu hotelu knajpkę prowadzoną przez Jordańczyka - to jeszcze jeden znak różnorodności tego miasta. Zaproponował nam humus - pastę z cieciorki z oliwą i czosnkiem - i mu sake - bakłażan zapiekany z serem i mięsem. Dodał mocną turecką herbatę, a na deser budyń ryżowy z zapiekanym karmelem. Po takim posiłku poczuliśmy się już lepiej przygotowani do maratonu, ale gospodarz jeszcze nie chciał nas wypuścić. Dalej proponował herbatę i mówił, ze możemy siedzieć, ile chcemy - a on będzie donosił ten mocny turecki napój.

Pytał o maraton i o bieganie, mówił, że to szalone i romantyczne, że sam jeszcze nie biega, ale żona coś mu wspomina o niekorzystnych proporcjach wzrostu i wagi. Skonfundował nas pytaniem o ideę tego transkontynentalnego biegu. Mówił, że w Jordanii każdy maraton ma jakiś szczytny cel ideę. Póki nie padło pytanie, wszystko wydawało się oczywiste: "Jaka jest idea tego maratonu, jednego z bardziej egzotycznych?". Na pomoc przyszły mi notatki udostępnione przez organizatorów maratonu: "Jego przesłanie to krzewić przyjaźń i pokój od pierwszej edycji. Trasę biegu zmienialiśmy trzy razy, ale idea została ta sama". Brzmi to może górnolotnie, ale jak nie przyznać temu racji, skoro właśnie rozmawiamy z Jordańczykiem, za chwilę pójdziemy do meczetu, a później do Świątyni Mądrości Bożej po drodze spotykając Izraelitów, mieszkańców Indii, wyznawców Mahometa, chrześcijan.

Ania Arseniuk - jedyna kobieta w naszym zespole - wzbudza nie lada zainteresowanie. Wydaje się, że śledzą ją służby specjalne wszystkich państw. Gdzie się nie pojawi, tam przyciąga wzrok, głównie autochtonów. Cóż, blond włosy, jasna karnacja - to tu rzadkość. Musimy Ani pilnować. Poszła raz kupić bułkę i wróciła śmiertelnie blada, a wszystko przez wzrok sprzedawcy - tak się wystraszyła. W islamie kontakt wzrokowy ma charakter bardzo intymny. Tureckie kobiety zawsze spuszczają wzrok, a mężczyźni patrzą poniżej linii oczu. Nawet fakt, że pierwsze kobiety na stambulskim maratonie zostały odnotowane dopiero w 1991 roku, a i dziś biegających Turczynek nie jest zbyt wiele, mówi sam za siebie. Na ulicy, nawet w największy upał, można spotkać kobiety ubrane w ciemny, ciężki czador. Wizyta w meczecie też wiąże się z izolowaniem kobiet, które muszą nałożyć hidżab zasłaniając włosy, szyje i uszy oraz pozostać w wyznaczonym izolowanym dla nich miejscu. Tylko raz w roku podczas święta hadżdżu szariat pozwala na mieszanie się kobiet i mężczyzn.

Żeby dostać się na linię mety na godz. 9, musieliśmy wstać przed 6 rano. Tłumy biegaczy podążały do specjalnych autobusów. Jeszcze kilka zdjęć przed kościołem Mądrości Bożej i już jesteśmy w przepełnionym autobusie. Dobrze, że jest przed biegiem. Po nim nie ryzykowałbym takiej podróży.

Za Bosforskim Mostem, po stronie azjatyckiej, czekają już tłumy ludzi - biegaczy i wolontariuszy jest ok. 200 tysięcy. Oprócz maratonu dla mniej wytrenowanych biegaczy są zawody na 8 i 15 km oraz "Run for fun". Tego dnia przez most przebiegnie przeszło 100 tys. osób. Druga taka okazja dopiero za rok. By się nie zagubić w tłumie pożyczam czerwony balonik - towarzyszy mi już aż do samej mety - więc dają mi przydomek Balon Man. Pozostali biegacze z naszego klubu rozpierzchli się po ogromnym placu. Trudno uwierzyć, że to tylko droga do Europy. Gwar taki, jaki musiał towarzyszyć budowie wieży Babel. Spiker w wielu językach informuje o wartości nagród, ale nie po to tu przyjechaliśmy. Dla mnie to pierwszy bieg po dwóch miesiącach przerwy. Nie powinienem jechać, ale z Azji do Europy nie co dzień się biega. Wiem, że dam z siebie tyle, by móc potem chodzić o własnych siłach, poza tym wokół tłoczno od Kenijczyków, a z nimi nie ma żartów. Znajduję dwóch wyglądających na najmocniejszych wśród tych tysięcy biegaczy - stawiam na Davida Rutoha albo Stephana Cheboguta. Robimy na dowód zakładu wspólne zdjęcie; oni są tak drobni, że mógłbym postawić jednego na lewym ramieniu, a drugiego na prawym.

Trwa rozgrzewka. Drobne promienie słońca ogrzewają morskie powiewy wiatru. Trwa nerwowe odliczanie. Równo o godz. 9 mer Stambułu oddaje strzał - znak do startu. Przed moimi nogami przewraca się jakaś drobna Turczynka. Widzę, że z trudem wstaje; chciałbym pomóc, ale wielotysięczny tłum niesie już mnie bez prawa do protestu. Z daleka tylko widzę, że ona już biegnie z grymasem na twarzy. To dopiero start, jeszcze tylko 42 km i 195 m.

Wbiegamy na most, który lekko się kołysze w rytm tempa biegaczy. Teraz trzeba biec i nie rozglądać się - jest dość ciasno, mimo że most to kilka pasów ruchu. Moją uwagę przykuwa dziewczyna w hidżabie. Można pomyśleć, że jako wyznawczyni islamu czuje się urażona tymi obcisłymi, skąpymi biegowymi strojami. Ale nie - to wolontariuszka, która jeszcze delikatnie się uśmiecha. Na każdym kolejnym kilometrze taki uśmiech jest jak filiżanka pysznej kawy o poranku.

Pierwszych 30 biegnę śpiewnie, bez zadyszki. Tylko niewielki ból obciąża prawą nogę. Przypomina mi się jak mawia Haruki Murakami: "Jeśli zgadzasz się na bieg, wybierasz też ból". Z sennej lekkości biegu wybudza mnie głos muezina, woła z pobliskiego minaretu zaproszenie na południową modlitwę. Nikt nie przystaje, nie skręca w pobliską uliczkę prowadzącą do meczetu. Trwa maraton, ale obecność modlitewnego ducha tego miasta nas nie opuszcza.

Słońce przestało grzać, z chmur dolatywał zimny deszcz, a jedna z najstarszych osad świata okazała się tym razem zimnym portem nad morzem Marmara. To był najtrudniejszy odcinek - wiało potwornie, trzeba było walczyć z zimnem, na dodatek droga zaczynała się wspinać pod górę. Już wiem, że najlepsi są już na mecie, odpoczywają popijając świeży sok z granatów, a mi zostało jeszcze tylko kilka kilometrów. Może pięć, może siedem? Już nie pomagały wspomnienia czasów Krzyżowców, taniec derwiszy ani oklaski przemarzniętych kibiców. Trzeba było wycisnąć resztki zachowanej energii, rozświetlić oczy i nie poddawać się zwątpieniu. Podobno maraton dzieli się na dwie połowy - pierwsza ma 30 km. Teraz byłem na tej drugiej krótszej, ale trudniejszej. Szukałem sił i odnalazły się one, może to dzięki wrośniętemu w mur drzewu figowca. W miejscu gdzie rosło, było sucho, niewiele ziemi i światła. A zieleń figowych liści nie zdradzała trudu przetrwania.

Rozpoczęła się aleja platanów. To już blisko. Pamiętam te drzewa, to niedaleko pałacu sułtana. Kora platanów jest tu gruba i jasna, a powracające słońce skrzy się na miękkich liściach. Już widać Hipodrom. To meta. Czas na odpoczynek, masaż, upragniony łyk wody i soku z granatów. Dopiero teraz zdałem sobie sprawę, że uczestniczyłem w spotkaniu wielu nacji, religii, wyznań. I że tak jak chcieli organizatorzy, stało się to, a raczej zbiegło się w serdecznym duchu Stambułu. Spotkaliśmy się tam, gdzie kontynenty się spotykają.

Reprezentanci TS Opatrunki byli najlepszym zespołem na tym maratonie. Grupowo - wspaniali, a i indywidualnie należeli do czołówki. Ania Arseniuk była drugą Polką na mecie Eurasia Marathon, Paweł Szymandera w swej kategorii - trzeci, a Krzysztof Góralski, mimo trudnych warunków, złamał barierę trzech godzin. Wszyscy z Opatrunków dotarli do mety i zmieścili się w wymagającym limicie czasu.

Dla porządku dodam, że zakład wygrałem - Stephan Chebogut z Kenii pozostający przez większość trasy w cieniu rywali, na 35 kilometrze przyspieszył i z czasem 2:11:05 zwyciężył w maratonie, wyprzedając kolejnego zawodnika aż o 4,5 min.! Nie wiem, czy pamiętał o zakładzie, bo po tym jak zainkasował 50 tys. dolarów, zniknął. 



Czasy zespołu TS Opatrunki: Anna Arseniuk - 4:06:00, Paweł Szymandera - 2:45:36, Krzysztof Góralski - 2:58:13, Krzysztof Bielicki - 3:17:35, Dariusz Wilkowski - 3.28.40, Marian Bogucki - 3.37.30, Stanisław Kwiatkowski - 3:37:31, Dariusz Olewiński - 3:39:13, Jarosław Sadowski - 3.46.03, Janusz Tybuszewski - 3:48:57, Witold Orcholski - 4:05:59, Zenon Olewiński - 4:40:23, Robert Kmieciak - 4:55:00, Andrzej Szkodziński - 5:14:23.