Sport.pl

Toruń i Bydgoszcz już nie chcą żużlowych derbów Pomorza

Dlaczego żużlowe derby nie przyciągają już tłumów? - To nie kwestia cen biletów. Kiedyś Polonia to był klub złożony z zawodników z Bydgoszczy i okolic. Z kolei Apator składał się z torunian i mieszkańców z okolicy - z takimi zespołami kibice się identyfikowali - mówi były as Polonii Ryszard Dołomisiewicz.
Filip Łazowy: W tym tygodniu starcie ligowe Polonii i Unibaksu obejrzało ledwie 6 tys. kibiców. Dlaczego obecne derby nie ekscytują fanów w regionie tak jak w latach 80. czy 90., kiedy występował pan w nich jako zawodnik?

Ryszard Dołomisiewicz: Czasy się trochę zmieniły. Wtedy to wyglądało trochę inaczej. Dzisiaj żużel traktuje się jak biznes. Dla większości zawodników zdobyte punkty są najważniejsze. Nie ma takiego ryzyka jak kiedyś. Upadek grozi kontuzją i wtedy zawodnik nie zarobi. Żużlowcy jeżdżą w kilku ligach i parę tygodni przerwy oznacza dla nich później kłopoty finansowe. Za moich czasów zawodnicy otrzymywali sprzęt od klubu i mieli zapewnione stypendia. Dlatego na torze czasami było aż zbyt niebezpiecznie. Była za to walka do samego końca. Nie widziałem zjeżdżania na murawę, kiedy ktoś był ostatni na mecie. To jeden z powodów, dlaczego żużel się zmienił. Drugą sprawą są same zespoły. Kiedyś Polonia to był klub złożony z zawodników z Bydgoszczy i okolic. Z kolei Apator składał się z torunian i mieszkańców z okolicy. Kibice się identyfikowali z takimi drużynami. Wtedy transfery były rzadkością, a dziś to normalne.

Dlatego tak trudno dzisiaj zapełnić stadiony żużlowe nawet na derbach Pomorza?

- Dokładnie. Pamiętam, jak kiedyś w Polonii jeździło czterech braci Ziarników. Jeden był najsłabszy i kariery wielkiej nie zrobił. Wszyscy pochodzili z miejscowości Wysoka spod Piły. Wtedy tam żużla jeszcze nie było. Niemal wszyscy mieszkańcy jeździli wtedy do Bydgoszczy na mecze Polonii i dopingowali braci Ziarników. Jak jakiś żużlowiec pochodził z osiedla Bartodzieje czy też Szwederowo, masa znajomych przychodziła na jego spotkanie. Startował przecież ich kolega z osiedla, człowiek, z którym chodzili do szkoły czy też spotykali się przed blokami. W Toruniu było to samo. Nie pamiętam sytuacji, by były wolne miejsca na trybunach, kiedy rozgrywaliśmy pojedynek na wyjeździe. Dla obu miast, dla kibiców, taki mecz to było wielkie święto. Właściwie obowiązkiem było pojawić się na trybunach. Niedziela wyglądała tak, że po śniadaniu szło się do kościoła. Potem obiad, a następnie z całą rodziną - na żużel. Poza tym dwadzieścia lat temu nie było tyle atrakcji jak dzisiaj. Są koncerty, wystawy, budowane plaże. Co facet ma zrobić, jeśli jego żona nie lubi żużla? Musi jechać z nią nad wodę. Jak pójdzie na żużel, będzie miał "gadane" w domu. A jak wróci, żona z radością go w drzwiach nie powita. Dlatego ludzie wyjeżdżają z rodzinami nad jeziora, a relacji słuchają w radiu lub też czasem obejrzą w telewizji. Dlatego moim zdaniem to nie ceny biletów odstraszają kibiców.

Pamiętam, jak derby Pomorza kojarzyły mi się z pojedynkami popularnych "Żaby" i "Dołka", czyli Wojciecha Żabiałowicza i pana. Dzisiaj takich rywalizacji już nie ma.

- Nie zgodzę się. Są inni żużlowcy, a walki na dystansie nie brakuje. Gdyby wszyscy tak myśleli jak pan, nikt by nie przychodził na spotkania, bo nie ma już Dołomisiewicza czy też Żabiałowicza. Za to zgodzę się, że prestiż wtedy był większy. Każdy chciał wygrać. Może dlatego każdy wraca wspomnieniami do tamtych czasów. Z Wojtkiem zawsze rywalizowaliśmy fair.

A co ze słynną opowieścią, jak po przegranym biegu Żabiałowicz kopał pana w parkingu?

- (śmiech). To nie było ze mną. Pamiętam derby w Toruniu, gdy Jacek Gomólski i Waldemar Cieślewicz podpadli Żabiałowiczowi i komuś tam w parkingu puściły nerwy. Ja i Wojtek zawsze byliśmy wobec siebie życzliwi. Na torze była walka, ale później - szacunek i uznanie. Ani razu ze strony rywala nie usłyszałem złego słowa. Za to też go podziwiałem.

Jak dzisiaj porówna pan zespoły Polonii i Unibaksu? Jest się czym ekscytować?

- Torunianie na pewno są silniejsi kadrowo. Tylko, że dużo zależy od postawy Australijczyków Darcy Warda i Chrisa Holdera. Jeśli obaj są przemęczeni, a mają do tego prawo, bo często startują, potem zdarzają się im wpadki. To dla zespołu z Torunia oznacza kłopoty. Poza tym zauważyłem w jednym z wywiadów, że sam Holder stwierdził, iż polska liga jest inna niż wszystkie. Tu po upadku trzeba szybko otrzepać się z piachu i jechać dalej. Jest nacisk na wynik, jak nigdzie indziej.

Więcej o: