Sport.pl

Wspomnienie maratończyka. Truchtał w miejscu, wulkan!

Po opublikowanym w ?Gazecie? wspomnieniu o zmarłym w czerwcu maratończyku-amatorze z Torunia, Jerzym Stawskim, opisuje go inny miłośnik biegania pochodzący z regionu, Piotr Bętkowski.
Po tekście poświęconym zaangażowaniu Stawskiego Bętkowski pisze o nim:

Jurek Stawski był wzorem dla wielu toruńczyków. Namówił do biegania całą masę biegaczy przyprowadzając ich na zawody Top Cross Torunia, który organizuje Tadeusz Spychalski.

Na tworzony przez niego maraton - z okazji ukończonego setnego (wraz z Jadwigą Wichrowską w 2006 roku) - zjechało mnóstwo osób z całej Polski. Miałem okazje być wolontariuszem podczas tego biegu.

Byliśmy sąsiadami na toruńskim Rubinkowie. Pamiętam sytuację, gdy w pierwszy dzień Świąt Bożego Narodzenia w 2004 roku zobaczyłem o g. 9 wyszedł biegać - i to mimo kilkunastostopniowego mrozu. Miałem wtedy 17 lat. Zaimponowało mi to, że potrafił biegać zawsze i wszędzie. To był czas, gdy bieganie nie było w ogóle popularne. Wtedy wszyscy toruńscy biegacze doskonale się znali.

Jurek nawet gdy zatrzymywał się na wspólnych treningach na światłach, truchtał w miejscu. Chodzący wulkan energii.

Pamiętam też pierwszą wizytę w jego domu. Niezliczone ilości pucharów i medali. Jego opowieści z wyjazdów zagranicznych, które na mnie robiły niesamowite wrażenie i ukształtowały mnie biegowo.

Zawsze był przyjacielem, który nie pozwalał mówić do siebie per pan. Mimo blisko 40-letniej różnicy wieku między nami, zawsze kazał mówić do siebie po imieniu. Nie mieszkam już w Toruniu od kilku lat, jednak za każdym razem cieszyłem się ze spotkania z nim na biegach w Toruniu i okolicach.

Niepisaną tradycją Torunia są spotkania biegaczy "starej gwardii" w każdą niedzielę o g. 10 w lesie na osiedlu Na Skarpie. Jurek często się tam pojawiał, by choć raz w tygodniu pobiegać z przyjaciółmi. Na pogrzebie ci przyjaciele przyszli pożegnać jednego z naszych.

Wielka szkoda, że już z Jurkiem nie pobiegamy.

Więcej o: