Sport.pl

Michał Gołaś: - Jadłem ryż, ryż i ryż. Za schab by mnie zabili

Wstawaliśmy przed szóstą. Później śniadanie. Tradycyjnie płatki, do tego batonik energetyczny. Właściwie przez trzy tygodnie jedliśmy to samo. Ryż, ryż i jeszcze raz ryż. Ale inaczej się po prostu nie da - mówi o rywalizacji w Giro d'Italia Michał Gołaś.
Filip Łazowy: W tegorocznym wyścigu Giro d'Italia był pan największym objawieniem. Już dawno Polak nie namieszał w stawce tak wielkiego wyścigu.

Michał Gołaś: Cieszę się, że udało mi się pokazać z dobrej strony. W pewnym momencie byłem wiceliderem wyścigu, za to znalazłem się na czele w klasyfikacji górskiej. To naprawdę są dla mnie spore sukcesy. Potem znajomi mówili mi, że relacja Giro d'Italia w stacji Eurosport ma największą od lat oglądalność. Myślę, że w naszym kraju nie brakuje kibiców kolarstwa, a kiedy jeszcze dochodzą do tego sukcesy rodaków - ogląda się z jeszcze większą satysfakcją.

Pamięta pan jeden z etapów, w którym zdecydował się na ucieczkę? Wtedy niewiele zabrakło do końcowego zwycięstwa. Był duży niedosyt na mecie?

- Ogromny. Zaryzykowałem i uciekłem. Jechałem pod górkę i zabrakło mi 1,5 km do szczytu. Potem był tylko zjazd. Gdybym dojechał do szczytu sam, pewnie by to się udało. Dawałem sobie 80 proc. szans. Zawiodła trochę komunikacja z grupą. Nie wiedziałem jak wielką mam przewagę nad grupą pościgową. Na mecie byłem 9. Ale czułem tylko złość i żałowałem straconej szansy. Nie wiem, czy kiedykolwiek nadarzy się kolejna na wygranie etapu w Giro d'Italia.

Dla pana to drugi taki wyścig w karierze. W zeszłym roku z powodu ślubu nie dojechał do mety.

- Tak. Wtedy ze względów osobistych wycofałem się z wyścigu. Ale wszystko było ustalone przed startem. Teraz cieszę się, że dojechałem do mety bo to wcale nie jest taka prosta sprawa. Giro d'Italia jest naprawdę wyczerpującą imprezą. Mi dużo pomógł fakt, że przez cztery lata mieszkałem we Włoszech i trochę znałem trasę tegorocznego wyścigu. Wiedziałem, w którym miejscu jest zakręt, gdzie droga staje się nagle węższa. Bywały odcinki, że na szerokości jezdni mieściło się tylko pięciu kolarzy. A chętnych do bycia w czołówce było około 75 zawodników. Dlatego nie brakowało ostrej walki na łokcie. Ale taki jest zawodowy peleton. Trzeba walczyć o swoje.

Jak wyglądał przeciętny dzień w trakcie wyścigu?

- Wstawaliśmy przed szóstą. Później śniadanie. Tradycyjnie płatki, do tego batonik energetyczny. Właściwie przez trzy tygodnie jedliśmy to samo. Ryż, ryż i jeszcze raz ryż. Ale inaczej się po prostu nie da. Gdybym zjadł schabowego, szefowie mojej grupy chyba by mnie zabili. Potem autobus przewoził nas na start etapu. Później pięć, sześć godzin jazdy. Po wyścigu zajmował się nami masażysta. Kiedy wracaliśmy do hotelu, było późno. Kolację jedliśmy grubo po 20. Nie było czasu na jakieś przyjemności. Dzwoniłem do żony i najbliższych mi osób. Czekam teraz na rachunek telefoniczny. Aż strach będzie zobaczyć ile zapłacę (śmiech). Około 23 szliśmy spać. Przez dwie noce jednak nie mogłem usnąć. Najpierw, kiedy nie udała się moja ucieczka. Później ze względu na ból nóg i zmęczenie. W ciągu trzech tygodni obejrzałem jeden film. Dlaczego nie zabrałem np. Playstation? Nasz masażysta by tego nie wytrzymał. To on nosi wszystkie bagaże. Już ma ciężko, a kiedy jeszcze bym mu coś dołożył, nie wiem co by powiedział. Poza tym nie byłoby czasu na takie formy przyjemności. Po każdym etapie największym marzeniem był długi sen.

Jakie ma pan rady dla tych, którzy dopiero rozpoczynają swoją przygodę z kolarstwem?

- Mam jedną. Nie poddawać się. Bywało, że sam miałem dość kolarstwa, że chciałem to wszystko rzucić. To są przecież codzienne treningi, setki kilometrów przejechanych w każdym tygodniu. Ale jeśli ktoś chce coś osiągnąć, musi być wytrwały i mocny psychicznie. Poza tym kolarstwo jest specyficznym sportem. Jedzie 200 kolarzy a tylko jeden wygrywa. 199 jest przegranych. Ja się nauczyłem przegrywać i potrafię się z tym pogodzić. Ale nie poddaję się, bo wiem że za chwilę kolejny etap i kolejna szansa. Dlatego najważniejsze jest to aby się nie poddawać.

Więcej o: