Polak z Giro: - Zrezygnowałbym. Ale co, gdy włączyłbym telewizor?

Torunianie podbijają zawodowy peleton kolarski. Jak wspominają tegoroczne Giro d' Italia? Michał Kwiatkowski: - Były momenty, że miałem już dość. Chciałem zjechać z trasy i wracać do domu.
Rozmowa z Michałem Kwiatkowskim

Filip Łazowy: W wieku 20 lat zadebiutował pan w wielkim kolarskim wyścigu Giro d'Italia. W zawodowym peletonie taka sytuacja to rzadkość.

Michał Kwiatkowski: Ja też byłem zaskoczony. Przed wyścigiem szefowie mojej grupy, Pharma Omega Quick Step, zapytali się mnie czy dałbym radę pojechać w Giro. Odpowiedziałem, że spróbuję. To największe wyzwanie dla mnie w dotychczasowej karierze. Miałem nawet sygnały, że jeśli nie dojadę do mety, nic się nie stanie. Jednak udało mi się ukończyć Giro d'Italia w debiucie. Mam nadzieję, że w następnych latach znów dostanę szansę.

Jest pan znakomitym czasowcem. Taktyka polegała na tym, by pokazać się głównie w jeździe indywidualnej na czas?

- Zgadza się. Jazda na czas to mój największy atut. Dlatego zwłaszcza na takich etapach chciałem się pokazać z jak najlepszej strony. Poza tym miałem pomagać kolegom z mojej grupy. Kolarstwo to też sport zespołowy. Na sukces jednego zawodnika czasem pracuje cała drużyna. Dlatego ile byłem w stanie, tyle pomagałem kolegom. Byłem w stałym kontakcie z Michałem Gołasiem i jego też starałem się wspierać. W wyścigu mieliśmy dwie "czasówki" indywidualne i jedną drużynową. Dwa razy byłem w czołowej dwudziestce i to był naprawdę dobry wynik. Na ostatnim etapie byłem 12. i pokazałem, że jazda na czas jest moją mocną stroną.

Były chwile zwątpienia podczas Giro? Wielu zawodników nie wytrzymuje trudów tego wyścigu.

- Oj, zdarzały się. Nie ukrywam, że byłem na skraju wyczerpania. Były takie momenty, że miałem dość. Chciałem zjechać z trasy i wracać do domu. Miałem już dość kolarstwa w tej chwili. Kilka wymagających etapów mocno dało mi się we znaki. Trzy tygodnie ścigania w bardzo trudnych warunkach nie jest prostą sprawą. Ale pomogli mi koledzy z grupy, a przede wszystkim Gołaś. Powiedział mi wtedy coś takiego: "Słuchaj, wiem, że ledwo żyjesz. Ale wierz mi, że jak się poddasz i wrócisz do domu to będziesz żałował. Włączysz telewizor i kiedy zobaczysz, że my jedziemy a ty siedzisz na kanapie, to będziesz wściekły na siebie". To pomogło. Zacisnąłem zęby i pojechałem dalej. Nawet pan nie wie jaki ja byłem szczęśliwy kiedy minąłem linię mety w Mediolanie. Bardzo się cieszyłem, że ukończyłem Giro d'Italia.

Taki wyścig to pewnie bezcenne doświadczenie w karierze kolarskiej. To otwiera drogę do następnych sukcesów.

- Dokładnie. Walczyłem także o białą koszulkę i tytuł najlepszego młodzieżowca w Giro, ale nie dałem rady. Za to doświadczenie zebrane na takim wyścigu jest bezcenne. Naprawdę - to jest zupełnie inne ściganie od tego, jakie miałem do tej pory. Ja wcześniej niemal zawsze wygrywałem. Byłem mistrzem świata i Europy. Teraz dopiero uczę się przegrywać. Jestem jednak bardzo ambitny i mam nadzieję, że te największe sukcesy jeszcze przede mną. W zawodowym peletonie dużo pomaga mi Gołaś. Bez jego wsparcia nie wiem jakbym sobie poradził. Obaj rozpoczynaliśmy ściganie w TKK Pacific Toruń i to też ma ogromne znaczenie.

Jakie są szanse na pański występ na igrzyskach w Londynie?

- Szansa jest, ale trudno mi powiedzieć jaka. Do trzech miejsc kandyduje pięciu kolarzy. Marek Rutkiewicz i Michał Gołaś moim zdaniem znajdą się w składzie. Ja marzę o igrzyskach, ale decyzja nie należy do mnie. Przede mną Tour de Pologne i mistrzostwa Polski. Jeśli pokażę się z dobrej strony, trener Piotr Wadecki może da mi szansę. Fajnie by było, by dwóch kolarzy z Torunia wystąpiło w Londynie.