Żużlowiec szukał pracy za milion, więc zmienił nazwisko

Duńczyk, który był też zainteresowany pracą w toruńskim Unibaksie, ma nietypowy sposób na to, by wzbudzić zainteresowanie swoją osobą.
Jak się okazuje dzięki blogowi "Bez hamulców", jesienią ub. roku do polskich klubów trafiały oferty od niejakiego Kennetha Jensena. Szefowie klubów głowili się nad tym, jak możliwe jest, by żużlowiec właściwie bez żadnych poważniejszych osiągnięć domagał się aż 1,5 mln zł za sezon jazdy - przy czym lwią część kontraktu miała stanowić wypłata niezależna od wyników i wypłacona jeszcze przed sezonem za podpis na umowye.

Kenneth Jensen sukcesów nie ma. Trudno takiego zawodnika znaleźć wśród asów jakiejkolwiek ligi - na jakiej więc podstawie w Polsce w swojej ofercie żądał aż tak wielkiej kwoty?

Historia wyjaśniła się dopiero kiedy coraz większe grono działaczy zaczęło z ciekawości drążyć, kim jest tajemniczy Jensen.

W Danii to nazwisko jest równie popularne, jak w Polsce - Kowalski czy Wiśniewski lub Nowak.

Teraz okazało się, że startujący w Polsce od lat Kenneth Bjerre - as m.in. Betardu Sparty Wrocław, PGE Marmy Rzeszów czy Lotosu Wybrzeża Gdańsk - w rzeczywistości nie nazywa się Bjerre. Formalnie to właśnie Jensen. By jednak odróżnić się od konkurencji, używa nazwiska panieńskiego swojej mamy.

Bywa jednak, że w dokumentach robi błąd - paradoksalnie stosując swoje prawidłowe nazwisko: Jensen.

Teraz w razie negocjacji z Bjerre/Jensenem nie będzie już wątpliwości.

Tak jeździ np. w Grand Prix: