Kto żużlowym gburem? Tajemnice ślicznej podprowadzającej

Jest jeden żużlowiec polski z innego klubu. Panowała o nim opinia gburowatego. Przy pierwszej okazji mieliśmy małe ścięcie i też nie miałam o nim dobrego zdania. Później na różnych zawodach widzieliśmy się kilka razy i okazało się, że się pomyliłam - mówi Agnieszka Jurkiewicz, która przez siedem lat pracowała na torze podczas meczów toruńskiego Unibaksu.
Filip Łazowy: Była pani podprowadzającą na meczach. Kiedy narodziła się u pani miłość do żużla i chęć bycia podprowadzającą?

Agnieszka Jurkiewicz: Znacznie wcześniej rozpoczęło się to pierwsze. Prawdziwa historia jest bardzo prozaiczna. Moja mama była wielkim kibicem żużla i toruńskiego Apatora. Jak byłam małą dziewczyną, to zabierała mnie na mecze. Pamiętam to jak dzisiaj. Niedzielne popołudnie wyglądało następująco: obiad w domu, potem lody na mieście i cała rodzina mama, tata, brat i ja szliśmy na stadion. Często bywało tak, że przychodziliśmy z najbliższą rodziną z wujkiem i ciocią. Jak byłam takim małym brzdącem to uwielbiałam jak po torze jeździła polewaczka. Wraz z dzieciakami zbiegałam na dół do siatki po schodach aby ochłodzić się kroplami wody. To takie wspomnienie z dzieciństwa i początki miłości do żużla.

Co było później?

- Żużel zniknął na jakiś czas z mojego życia. Chodziłam do szkoły i rozpoczęłam naukę tańca. Żużel niemal dla mnie nie istniał. Kochałam tańczyć i to byłą moja pasja, zresztą do dzisiaj jest. Mył moment, że o sporcie żużlowym myślałam w złych kategoriach. Że to dyscyplina dla debili. I że w ogóle czterech czubków jeździ w lewo. Później okazało się jak bardzo się myliłam.

Kiedy pojawiła się myśl, aby zostać podprowadzającą?

- To było w klasie maturalnej. Klub poszukiwał dziewczyn do właśnie takiej roli. Zgłosiłam się i zostałam pierwszą rezerwową. Później jedna z dziewczyn odeszła i zajęłam jej miejsce. I zostałam aż do 2011 roku. Na początku ubrane byłyśmy w szpilki i spódniczki. Wychodziłyśmy na tor, machałyśmy rękami i schodziłyśmy z toru. Kiedyś to było znacznie inaczej. Dzisiaj bardziej liczy się lans, wygląd. Właściwie im mniej ma się na sobie ciuchów tym lepiej. Im bardziej robi się z siebie słodką idiotkę to też lepiej. Im dziewczyna bardziej prowokacyjnie wygląda tym też lepiej. Kiedyś, na samym początku nie widziałam tego. Byłam zafascynowana. Jednak w miarę upływu czasu moje podejście się zmieniało. Przestało mi to po prostu odpowiadać.

Jednak przez te kilka lat udało się pani poznać wiele ciekawych osób i zmienić myślenie na temat sportu żużlowego.

- To prawda. Panuje opinia, że żużlowcy to nie są inteligentni ludzie, którzy chodzą z nosem zadartym w górę. A to nieprawda. Oczywiście jak w każdym środowisku są wyjątki. Wieli zawodników są normalni, sympatyczni, którzy mają swoje problemy jak każdy z nas. Jest jeden zawodnik z Unibaksu, którego lubię najbardziej. Nie zdradzę jednak o kogo chodzi. Za to muszę powiedzieć, że świetnym człowiekiem jest Chris Holder. To taki pozytywny świr, człowiek orkiestra. Jest zawsze miły i potrafi rozbawić i pocieszyć kogoś, kto jest w złym nastroju. Ani razu nie spotkała mnie przykrość z jego strony czy złe słowo. Mimo, że to młody facet to bardzo kulturalny i zaradny życiowo. Jest też jeden żużlowiec polski z innego klubu. Panowała o nim opinia gburowatego. Przy pierwszej okazji mieliśmy małe ścięcie i też nie miałam o nim dobrego zdania. Później na różnych zawodach widzieliśmy się kilka razy i okazało się, że się pomyliłam. Ten żużlowiec okazał się bardzo miłym człowiekiem, na którym ciąży zła, ale całkowicie błędna opinia. Ale też wolałabym nie mówić o kogo chodzi. Przez ten cały czas poznałam wielu świetnych ludzi, nie tylko zawodników ale też trenerów i działaczy. Niektóre przyjaźnie trwają do dzisiaj. Dlatego też nie żałuję decyzji, że przez tyle lat byłam podprowadzającą.



Na takie castingi przychodzi wiele dziewczyn? Nie od dziś wiadomo, że sport żużlowy przyciąga piękne kobiety...

- Na początku tak. Później już nie. Kluby zaczęły zatrudniać modelki i hostessy, które znakomicie się nadają do tej roli. Ja przy castingach też miałam coś do powiedzenia, ale to nie do mnie należało ostatnie słowo. Ja kierowałem się zupełnie innymi kategoriami przy wyborze takich dziewczyn. Ja zwracałem uwagę na to, czy taka osoba nie jest inteligentna, czy dobrze by mi się z nią pracowało i jak się porusza. Ale liczył się przede wszystkim wygląd i świetna prezencja.

Bycie podprowadzającą to trudna praca?

- Nie jest to ciężki kawałek chleba. W zależności jak się rozumiemy z resztą dziewczyn to wystarczy jeden trening przed meczem. Później przychodzimy godzinę przed spotkaniem, ćwiczymy a potem wsiadamy na samochód i jedziemy na tor. Po meczu przebieramy się i idziemy do domu. Jak studiowałam w Gdańsku to szybko leciałam potem na pociąg. Nie było czasu na nic innego. Za kilka godzin pracy otrzymywałyśmy całkiem dobrą zapłatę. Pod tym względem naprawdę nie można narzekać. Zresztą modelki czy hostessy mało nie zarabiają.

Była pani rozpoznawalna na ulicy?

- Tak. Zwłaszcza na imprezach. Słychać było tylko szeptanie: zobacz to ta dziewczyna co na żużlu tańczy. Nie spotkałam się z jakimiś złośliwymi uwagi. Nikt też raczej nie podchodził. Po prostu ludzie kojarzyli moją twarz.

Mniej przyjemni byli za to internauci.

- To prawda. Ale na to trzeba się uodpornić. Nie rozumiem jak można oceniać kogoś tylko na podstawie wyglądu. Człowiek nie wie kim jestem a wydaje dziwne osądy. Tego nie potrafię zrozumieć. Na początku krew mnie zalewała kiedy czytałam niepochlebne opinie na swój temat. Później przestałam się tym przejmować i nie czytałam już wcale. Kiedyś na meczu jeden z widzów rzucił jakiś nieprzyjemny komentarz w moją stronę. Podszedł do niego mój przyjaciel, który też jest związany z żużlem i spytał go czy on w ogóle wie co ja robię na co dzień i jaką jestem osobą. Odpowiedział, że nie. To po chwili się dowiedział, że studiuję medycynę i się zdziwił. Było mu głupio, że ocenił kogoś tylko na podstawie wyglądu.

To, że ktoś powie że jestem ładna czy też nie to nie jest mi do szczęścia potrzebne. Poza tym kiedyś moi znajomi powiedzieli bardzo ważną rzecz: "Aga, z ładnej, ale pustej miski nikt się jeszcze nie najadł". Pamiętam te słowa do dziś. Dlatego warto zwracać uwagę na to co dany człowiek sobą reprezentuje a nie to jak wygląda.

Bycie podprowadzającą to był dodatek do mojego życia. Od poniedziałku do soboty byłą szkoła, znajomi rodzina i obowiązki. Żużel nie był najważniejszy.

Prywatnie kibicuje pani toruńskiej drużynie? Jeździ też na mecze wyjazdowe?

- Kibicuję jak najbardziej. Jest tu wiele wspaniałych osób. Klub jest świetnie zorganizowany. Ale na wyjazdy nie jeżdżę. Raz tylko byłam trzy lata temu na inauguracji w Gdańsku, bo wtedy tam studiowałam. Raz też pojechałam na finał indywidualnych mistrzostw Polski do Zielonej Góry. Ale z powodu kiepskiej pogody został odwołany. Zrobiłam sobie zatem wycieczkę na obiad. Przeżywam biegi z udziałem toruńskich zawodników. Najgorsze są upadki, wtedy wszystkie dziewczyny są przerażone. Wiemy, że nie możemy podbiec do zawodnika i nie możemy pomóc i się martwimy.



O czym rozmawiają podprowadzające podczas wolnego czasu?

- (śmiech) O wszystkim. O tym co każda robiła w całym tygodniu co miłego czy też niemiłego ją spotkało. Byłyśmy dobrymi przyjaciółkami i rozmawiałyśmy na wszystkie tematy. Trzeba też było się przesiąść tak aby wiedzieć która do jakiego pola ma podejść. Czasem gadałyśmy za długo i zapomniałyśmy. Potem wychodziłyśmy na tor źle ustawione. Raz na sezon taka pomyłka się zdarza. Ale tragedii z tego nie robimy. Każdy popełnia błędy i to jest normalne.

Jest różnica w pracy pomiędzy meczami ligowymi a Grand Prix?

- Oczywiście, że jest. W rywalizacji o tytuł mistrza świata są dużo większe wymagania. Przed zawodami dostajemy informacje co możemy robić a czego nie, kiedy mamy się uśmiechać. Jak podczas półfinału czy finału zawodnicy wybierają tory to podprowadzające z tabliczkami oznaczonymi kolorami danego pola muszą się uśmiechać i przesyłać buziaki. Wszystko jest dokładnie wyreżyserowane. Nie ma tam przypadku. Stres jest dużo większy, bo zawody są transmitowane do wielu krajów na całym świecie.

Co skłoniło panią do podjęcia decyzji o rezygnacji z bycia podprowadzającą?

- Wiek. To przede wszystkim. Mam 26 lat i byłabym chyba najstarszą podprowadzającą w kraju. Stawia się na młodsze dziewczyny, które są modelkami. One pasują do tej roli. Mi się przestało podobać to, że zawsze musiałam się uśmiechać. Chyba sama się sobie przejadłam. Przestało mi to sprawiać satysfakcję. Dlatego też wolałam odejść a na moje miejsce przyszła dziewczyna, która ma duży zapał. Choć z drugiej strony to chciałbym jeszcze być na kończącym sezon Grand Prix turnieju w Toruniu. Poza tym pracuję w szpitalu w naszym mieście i to jest dla mnie najważniejsze. Poza tym zostałam też instruktorką fitness i będę projektowała stroję dla dziewczyn podprowadzających podczas meczu Polska - Reszta Świata. Nie odcinam się w 100 procentach od żużla. Nie chciałabym tego. Mam w tym środowisku wielu przyjaciół. Dziewczynom też zawsze chętnie pomogę każdej kwestii. Lubię jak coś się dzieje. Nie wiem jeszcze czy zostanę w kraju czy wyjadę. Choć teraz Europa stała się tak mała, że czy będę w Krakowie czy Oslo, czy też Toruniu to większego znaczenia nie będzie miało.