Senator o Polatowskim: - Niezbyt dżentelmen, ale miał jaja

Rewolucja w koszykarskim Włocławku. Wczoraj z kierowania klubem zrezygnował Zbigniew Polatowski. Pracował w nim od jego powstania - był dyrektorem, a od 2004 prezesem. Włocławski senator Andrzej Person: - To miasto to koszykówka, Anwil. A koszykówka - to Polatowski.
Paweł Rzekanowski: Pańskie pierwsze skojarzenie na myśl o Polatowskim?

Andrzej Person, włocławianin - senator Platformy Obywatelskiej, wieloletni kibic Nobilesu i Anwilu: Ogromne podziękowanie za to, co zrobił dla mojego rodzinnego miasta. Nie chodzi tylko o koszykówkę i sport, który jest też częścią mojego życia. Chodzi o to, że ja z dumą przez 20 lat mogłem mówić, że pochodzę z Włocławka - bo wszystkim kojarzy się on z drużyną. A koszykówka była po prostu Polatowskim. Taka jest prawda. I ilu by nie było jego przeciwników czy oponentów - każdy ich ma po 20 latach aktywnej działalności w tak małym mieście - to trzeba mu oddać szacunek. Wrogów we Włocławku ma oczywiście bardzo dużo. W Warszawie się rozmywają. A we Włocławku - nie. Potęgują za to swoje frustracje. Szczególnie gdy facet jest rozpoznawalny w świecie koszykówki. Niektórzy przekonują się o tym za parę lat - a nie dzisiaj. To jest absolutnie hitowa sprawa 20-lecia dla Włocławka. To miasto to koszykówka, a koszykówka - to Polatowski.

Jako dyrektor klubu i jego prezes był bardziej człowiekiem, który ludzi zjednywał, czy dzielił?

- To człowiek kontrowersyjny, opinie o nim są oczywiście podzielone. Ale muszą takie być! Żeby cokolwiek robić w tych warunkach trzeba być facetem "z jajami". I takim był Polatowski. Każdy, kto go znał, mógł przytoczyć tysiące przykładów, anegdot, forteli. Czego on nie robił, by pozyskać czasami jakiegoś zawodnika! Był działaczem charakternym, zadziornym. Pewnie dlatego najpierw była wielka miłość, a później wielka nienawiść z Igorem Griszczukiem. Przecież obaj mieli - i mają - takie same charaktery. Igor wpadał do szatni po meczu i mówił sędziom, że ich mafia białoruska zabije. A Polatowski? Czasami zachowywał się niewiele lepiej. Nie był przykładem dżentelmena z salonów królowej Elżbiety II - to na pewno. Natomiast dzięki temu i dzięki swojej niezwykłej pasji był wyjątkowy. Nie spotkałem w swoim życiu tak zaangażowanego człowieka w sprawy klubu jak Polatowski. Przejęcie klubu po nim jest piekielnie trudne. Dlatego moim zdaniem jego odejście to historyczna chwila dla Włocławka. I nie ma w tych słowach cienia przesady - nawet jeśli brzmi to banalnie.

[Tak Włocławek świętował jedyne mistrzostwo Polski - w budowaniu składu zespołu brał udział Polatowski, który był wtedy dyrektorem klubu]



Włocławek przez ostatnich 20 lat reprezentowały dziesiątki znakomitych zawodników - Polatowski miał udział przy zaangażowaniu każdego z nich?

- Nie było przypadku, by o czymś nie wiedział. Ale z czego to wynikało? On przez 24 godziny był zaangażowany. Doskonale wszystko wiedział - co się dzieje w Anwilu, co słychać u konkurencji. Kto nie płaci na czas, który z zawodników - za przeproszeniem - "olewa" grę. Wiedział wszystko. Po prostu miał nieprawdopodobną żywotność. Przez 20 lat ten jego akumulator miłości do koszykówki się nie wyczerpał. A wręcz odwrotnie. Czasami mówiło się, że jego się wszyscy boją. Nawet koledzy. Poza meczami - było w porządku. Ale kiedy przychodziło do spotkania Anwilu, dla niego zaczynała się wojna na śmierć i życie! Nie było sympatii, przyjaźni. Liczyło się tylko by Anwil - czy wcześniej Nobiles - mecz wygrał. Dziś takich ludzi w sporcie się już raczej nie spotyka. A jeśli będę słyszał, że dziś są inne standardy, że dziś nie ma już miejsca dla takich ludzi, odpowiem jedno. To bzdura! Kompletna bzdura! Jeśli standardy mają polegać na tym, że o 16 wsiada się w samochód i jedzie do Warszawy, to one szybko miną. Uważam, że szanse na sukces są tylko wtedy, gdy klubem kierują ludzie o takim charakterze jak właśnie Polatowski.

Jego odejście z klubu jest dość nagłe, niespodziewane. Oficjalnie sam złożył rezygnację, ale nieoficjalnie mówi się, że na takie rozwiązanie naciskał główny sponsor klubu - firma Anwil.

- Jestem przekonany, że jego pożegnanie powinno wyglądać inaczej. Nie mam wątpliwości. Świat by się nie zawalił, gdyby poczekać te sześć-osiem tygodni do zakończenia sezonu i wtedy go honorowo pożegnać.

Koszykówka we Włocławku to wręcz religia, symbol miasta. Jak widzi pan jej przyszłość w nowej erze - już bez Polatowskiego?

- Mam nadzieję, że ten sezon jednak będzie wyjątkowy. Szkoda, że odszedł w momencie, gdy drużyna zrobiła pewien zwrot - widać, że doszło do pewnego momentu przełomowego w lidze i moim zdaniem ma realne szanse na grę w finale ligi. A co będzie dalej? Trudno powiedzieć. Bez tej pasji Polatowskiego będzie to zupełnie inna koszykówka. A czy lepsza lub gorsza? To zależy od sponsorów. Nie będzie pieniędzy, nie będzie zawodników. Nie chcę niczego przesądzać, ale pewna epoka - niezwykle ważna dla miasta - wraz z odejściem Polatowskiego jest zamknięta.

Jakim prezesem klubu był Polatowski?