Sport.pl

Koszykarski Włocławek żegna się z działaczem-legendą?

Włocławek huczy: czy w koszykarskim klubie skończy się era szefa, który jest prawdopodobnie najdłużej pracującym działaczem sportowym w Polsce?
Zbigniew Polatowski to dla Włocławka człowiek-legenda. Legenda budząca kontrowersje, niektórych irytująca. Jedno jest jednak pewne - to ogromny kawał historii koszykówki na Kujawach.

W mieście coraz głośniej o tym, że czas Polatowskiego w klubie się kończy. Szef włocławskiego klubu jest nieosiągalny. Mówi się, że przebywa na zwolnieniu lekarskim. Według wersji krążącej wśród sponsorów i samorządowców, wkrótce Anwil Włocławek będzie miał nowego prezesa.

Polatowski jest w nim właściwie od początku. Kiedy klub raczkował - jeszcze nie w ekstraklasowych realiach - był już w nim sprytny, obrotny menedżer. Tak, funkcjonował już jako menedżer, choć formalnie takiej profesji w polskim sporcie jeszcze nie było.

Polatowski jeździł szukając graczy (był w grupie, która ściągnęła do klubu Igora Griszczuka), rozmawiał ze sponsorami, od 1993 r. pełnił rolę klubowego rzecznika. Jego rola stopniowo rosła. W 1998 r. startował w wyborach samorządowych z listy Towarzystwa Miłośników Włocławka już jako dyrektor klubu. Po tym, jak w 2004 r. przekształcono go w spółkę akcyjną, został prezesem. Nieraz budził kontrowersje. Daleki jest od standardu nudnego klubowego działacza. Toczył boje z koszykarskimi sędziami. W 1999 r. pisał po kontrowersyjnych decyzjach arbitrów: "Z niekłamanym zaskoczeniem i konsternacją zarząd WTK i kibice naszego klubu przyjęli styl sędziowania pierwszych meczów o tytuł mistrza Polski. (...) Nie kierują nami wyłącznie partykularne interesy, ale sens sportowej rywalizacji. Dalecy jesteśmy od szukania przyczyn tak kontrowersyjnej postawy sędziów, wszak każdy może mieć gorszy dzień. Nie można jednak dopuścić, by kolejne mecze były podobnie reżyserowane".

Gdy w tym samym roku podczas meczu ze Ślaskiem Wrocław fani włocławian pokazywali koszykarzom skserowane klepsydry z napisem "Śp. Zepter" i obrzucali ich papierem toaletowym, Polatowski odpowiadał oburzonym dziennikarzom: - To samo spotkało nas przed siódmym meczem finałowym z ubiegłego sezonu, tylko u nas w trochę łagodniejszej wersji. U nas na parkiet leciały tylko serpentyny, a we Wrocławiu jajka. Żaden zawodnik Zeptera nie dostał serpentyną, a we Wrocławiu został uderzony trener Eugeniusz Kijewski, ja sam zaś zostałem trafiony jajkiem. Ale gdy przedstawiliśmy sytuację komisarzowi zawodów, nie płakaliśmy i nie robiliśmy takich problemów. A w czasie rozgrzewki nie chowaliśmy się, tylko przyjmowaliśmy ciosy na głowę.

Bywało, że szef klubu we Włocławku dość specyficznie mówił o swoich pracownikach:



Polatowski ze swoimi koszykarzami się nie patyczkował.

Kontrowersje wzbudził np. w 2009 r. Wtedy Anwil wywalczył brązowy medal. Nie dostało ich dwóch jego zawodników - Stipe Modrić i Milos Paravinja. Klub nie zaprosił ich też na pożegnalną kolację drużyny. Powód? Obaj często byli kontuzjowani i grali niewiele, a na dodatek nie chcieli zgodzić się na przedwczesne rozwiązanie kontraktów. Kiedy zaczęto drążyć, dlaczego ich na kolacji nie ma, Polatowski w jednym z komentarzy odpowiedział: - To moja decyzja? Za co mieli otrzymać medale i zaproszenie? Głównie leczyli kontuzje, a nie grali. (...) Uznałem, że nie należą im się żadne honory, bo na to nie zasłużyli.

Choć Polatowski zadziwiał nieraz, niezależnie od stylu swojej prezesury, kontrowersji jakie budził i tego, czy wkrótce pożegna się z klubem, przejdzie do jego historii. Kierował nim, gdy Włocławek jedyny raz w swojej historii świętował mistrzostwo Polski.

Wtedy w telefonie miał ustawioną melodię hitu "Nas nie dagoniat" rosyjskiego duetu Tatu. Anwilu rzeczywiście nikt nie dogonił.

Zbigniew Polatowski...
Więcej o: