Wiesław Jaguś - rok to za mało, by go pożegnać

Kończący się rok 2011 jest pierwszym od dwóch dekad, w którym żużlowego Torunia nie reprezentował Wiesław Jaguś. Symbol drużyny, dla niektórych wręcz bohater klubu traktowany niczym zjawisko socjologiczne zerwał kontakty z dotychczasowym środowiskiem. Czy torunianie doczekają się zawodów, które byłyby pożegnaniem Jagusia? Mam coraz większe wątpliwości, czy do nich dojdzie - pisze Paweł Rzekanowski.
Jaguś ogłosił zakończenie kariery w listopadzie 2010 r. Gdyby zdecydował się na kolejny sezon, zaliczyłby historyczny, 20. w toruńskim klubie.

Symbolicznej rocznicy nie było. Kiedy Jaguś podjął decyzję mówił, że "u niego słowo droższe od pieniędzy" oraz że "nie rzuca słów na wiatr". Rzeczywiście - zdania nie zmienił.

Naturalne wydawało się w takiej sytuacji, że klub i - co ważne - miasto znajdą pomysł na to, by uhonorować Jagusia czymś więcej niż wzmianka o nim w meczowym programie na ligowe spotkanie Unibaksu. W czasach żużlowego kapitalizmu, braku przywiązania do klubu, upadku symboli poszczególnych klubów akurat Jagusia warto docenić.



Zdaję sobie sprawę z tego, że nie jest to człowiek, przy którym można się medialnie "ogrzać". Jest skromny, szczery, unikający rozgłosu. Nie sypie bon-motami. Organizacja turnieju pożegnalnego Jagusia nie przyniesie finansowych zysków, za to zapewne kosztowałaby niemało i pieniędzy, i energii.

Tuż po ogłoszeniu końca jego kariery wydawało się, że spektakularne zawody honorujące byłego asa Apatora i Unibaksu są na wyciągnięcie ręki.

Jeszcze w listopadzie ub. roku prezes Unibaksu Wojciech Stępniewski, prezes kontrowersyjny acz słowny, mówił w jednym z wywiadów: "Na sto procent zorganizujemy mu, o ile pozwoli na to pogoda, turniej pożegnalny na początku sezonu (2011 - red.). Pożegnamy go z honorami, bo na pewno na to zasługuje po tylu latach spędzonych w klubie. Nam też nie jest łatwo, ale tak się stało i nic już nie zmienimy".

Na początku tego roku Motoarena zmieniła się znów w plac budowy, pogoda była zmienna, terminarz napięty. Z Jagusiowego turnieju nic nie wyszło. Później mówiono, że zawody można zorganizować w trakcie sezonu. To również się nie udało.

Jaguś na taki turniej wcale nie naciska - być może nawet nie ma zamiaru już wyjeżdżać na tor, machać do kibiców, ryzykować zdrowiem podczas rywalizacji. Nie ciągnie go do blichtru, towarzystwa ściskających go panów w garniturach. Nie przepada za rozgłosem, mediami, pozowaniem do zdjęć. Dobrze czuje się w cieniu - tak, jak na początku kariery, kiedy jako młokos ze szkółki został podopiecznym Wojciecha Żabiałowicza, któremu pomagał w parku maszyn

Tak, jak Żabiałowicz - kiedyś gwiazda nad gwiazdy w Toruniu - zszedł w cień, tak robi to teraz Jaguś. Jest nieosiągalny. Nie bywa na towarzyskich spotkaniach - na których wcześniej i tak nie bywał. Nie widać go na meczach. Kontakt stracili z nim ci, którzy znają go z toru. Wiadomo, że uwielbia wędkować - w ciszy, spokoju, samemu. Zapewne obowiązek przyjazdu na swój turniej pożegnalny - bo przecież nie da się go zorganizować bez głównego bohatera - przywitałby bez ekscytacji.

I tak dochodzę do smutnego wniosku. Na takie pożegnanie nie naciska - jak sądzę - Jaguś. Klub na początku może i chciał, ale teraz stracił zapał. Na szczęście są ciągle kibice, którzy chcą koniecznie podziękować Jagusiowi za te 19 lat. I pewnie mogą czekać i dekadę na okazję.

Dlaczego przez rok nie udało się rozegrać turnieju pożegnalnego Jagusia?