Anwil kontra Śląsk, czyli żegnaj gumowa lalo

W przeszłości koszykarskie pojedynki wrocławsko-włocławskie były znacznie bardziej gorące niż ten, który odbędzie się w czwartkowy wieczór. Kiedyś na trybunach było kontrowersyjnie i gorąco. Teraz powinno być inaczej.
W czwartek mecz Anwil Włocławek - Śląsk Wrocław (transmisja w TVP Sport od 19.45).

Kiedyś swoistym kibicowskim symbolem rywalizacji Nobilesu, a później Anwilu oraz Śląska stała się gumowa dmuchana lala.

Dmuchana lalka rodem ze sklepów z gadżetami dla dorosłych stała się już częstym gościem sportowych widowisk. W Rzeszowie podczas piłkarskich derbów między Stalą a Resovią kibice jednej z drużyn też ubrali ją w klubowy szalik rywali i przekazywali sobie niczym cenny eksponat - wszystko po to, by ośmieszyć rywali. Podobnie na meczu żużlowym. W trakcie jednego z pojedynków w Gnieźnie - także derbowego, bo rywalem był klub z Poznania - kibice przekazywali sobie na trybunach dmuchaną lalę odzianą jedynie w szalik zespołu ze stolicy Wielkopolski.

Ale gumowa dama trafiała na sportowe areny także w trakcie zdecydowanie ważniejszych imprez. Potężną dmuchaną lalkę z nadymanymi czerwonymi ustami eksponowali w trakcie piłkarskich mistrzostw świata kibice Chorwacji. Dumnie wznosili ją podczas meczów grupowych, eksponując ją albo nago, albo przebraną odpowiednio do rywala, z jakim walczyli zawodnicy bałkańskiego kraju - np. kiedy przeciwnikiem była Japonia, lalkę ubrano w strój azjatyckiego wojownika.

Kiedyś z niezbyt wybrednych pomysłów na kibicowanie słynęła publiczność we Włocławku. Nie ta, która teraz wypełnia Halę Mistrzów - złożona często z rodzin. W latach 90. fani ówczesnego Nobilesa w malutkiej, ciasnej salce Miejskiego Ośrodka Sportu i Rekreacji wspierali swój zespół okrzykami z tysięcy gardeł. A przy okazji starali się deprymować przeciwników - szczególnie kiedy byli nimi zawodnicy z Wrocławia. Wtedy na koszykarzy ze stolicy Dolnego Śląska czekały np. tabliczki przypominające nekrologi z napisem ŚP. Zepter (taka była wtedy oficjalna nazwa drużyny). Włocławek wtedy też "zasłynął" z dmuchanej lalki, którą chciano oficjalnie podarować najważniejszym koszykarzom rywali.

Teraz gumowa dama w Hali Mistrzów się już nie pojawia. Był za to inny pomysł na deprymowanie przeciwników. Dmuchaną lalę zastąpiła naturalnych rozmiarów modelka z tektury. Skąpo ubrana jest podnoszona była wtedy, kiedy przeciwnicy rzucali rzuty osobiste. Skupiając się na tym, aby trafić piłką do obręczy, muszą spojrzeć na to, co jest w tle - a stamtąd wyłania się niespodziewanie półnaga kobieta. Pomysł kontrowersyjny, ale lepszy niż machanie w kierunku koszykarzy lalką z sex-shopu.

W 2000 r. "Gazeta" po meczu koszykarzy z Włocławka i Wrocławia pisała:

"Siedem i pół tysiąca złotych oraz groźba rozegrania dwóch spotkań ligowych przy pustych trybunach - to kary nałożone na włocławski klub za niesportowe zachowanie kibiców podczas grudniowego meczu z Zepterem/Śląskiem Wrocław.

Taką decyzję podjęła wczoraj Polska Liga Koszykówki. Musiała się ustosunkować do wydarzeń sprzed trzech tygodni z hali OSiR, gdzie spotkały się najlepsze drużyny poprzedniego sezonu i najwięksi faworyci do tytułu mistrza kraju 2000. Włocławscy kibice "przywitali" drużynę gości wyzwiskami, jeden z kibiców wyciągnął nawet lalkę z sex-shopu, nad głównym wejściem na trybuny wisiała (zdjęta jeszcze przed pierwszym gwizdkiem) czarna flaga z hasłem "Ś.P. Zepter", inni kibice trzymali w dłoniach kartki z tym samym hasłem. Fani Anwilu nie dopuścili do rozgrzewki koszykarzy mistrza Polski na swojej połowie, zakrywając parkiet serpentynami i rolkami z kas fiskalnych, z których część nie zdążyła się rozwinąć podczas lotu (zdaniem wrocławian niektóre celowo były zaklejone). W końcu mistrzowie Polski przeprowadzili krótki trening wspólnie z koszykarzami Anwilu na ich połowie.

We wtorek w siedzibie PLK główny komisarz Bolesław Antonijczuk spotkał się z przedstawicielami Anwilu i Zeptera/Śląska. Klub z Wrocławia we wcześniej wysłanym piśmie domagał się zamknięcia hali OSiR i podtrzymywał stanowisko przedwczoraj. Włocławianie twierdzili, że podobnie niesportowo zachowywali się fani Zeptera podczas majowego finału w Hali Ludowej - bez konsekwencji karnych. Antonijczuk, po konsultacji z kancelarią prawniczą, wczoraj zdecydował o karze. Mógł "wlepić" Anwilowi od 1000 do 15 tys. zł i zamknąć halę nawet na trzy kolejki. Ostatecznie w ciągu siedmiu dni wicemistrz kraju musi na konto PLK przelać 7,5 tys zł. Ponadto komisarz nałożył na Anwil obowiązek rozegrania dwóch meczów ligowych (Pucharu Polski) bez udziału publiczności.Tę karę zawiesił do końca sezonu. Automatyczne odwieszenie - równoznaczne z koniecznością gry włocławian w hali OSiR przy pustych trybunach - nastąpi w przypadku powtórzenia się takich samych lub podobnych incydentów, jak 18 grudnia. Jednocześnie PLK zobowiązuje zarząd WTK do wdrożenia działań eliminujących przejawy wszelkich niesportowych zachowań publiczności.

We wczorajszym wyjaśnieniu komisarz zwracał uwagę na "(...) kilkakrotne rzucenie taśm fiskalnych, co spowodowało: utrudnienie przeprowadzenia regulaminowej rozgrzewki, uniemożliwiło dokonanie prezentacji drużyny gości, stanowiło zagrożenie bezpieczeństwa dla zawodników i trenerów oraz na wywieszenie napisów obrażających międzynarodową firmę Zepter, obraźliwe okrzyki pod adresem sędziów i zespołu gości w trakcie meczu (...)". Podstawą kary był oczywiście regulamin Polskiego Związku Koszykówki oraz sprawozdania komisarza i sędziów, jak również analizy zapisów taśmy wideo. Co ciekawe, sam Antonijczuk też był obecny w hali OSiR na meczu Anwil - Zepter, ale jak zastrzegał już wówczas, tylko prywatnie.

Włocławianie mają teraz trzy dni na odwołanie do Zarządu PZKosz (z wpłatą kaucji 1000 zł).

° Chamskie zachowanie - a takie włocławskich kibiców widziała za pośrednictwem TVP cała Polska - trzeba piętnować. Reakcja PLK jest więc jak najbardziej na miejscu. Tyle, że gdyby ta sama władza ostro zadziałała pół roku temu po deszczu serpentyn w Hali Ludowej, może fani Anwilu byliby teraz mądrzejsi. Bo we Wrocławiu też powitanie drużyny gości było przygotowane. Sam widziałem, jak między sektorami chodzili "panowie" z kartonami, rozdając kibicom - i to wcale nie tzw. szalikowcom - fiskalne rolki. I nikt ich nie zatrzymywał, a "deszczu" serpentyn nie potępiał. No, może poza ekipą z Włocławka, rozgrzewającą się w milczeniu, chyląc głowy przed papierowymi pociskami. Ciężki przedmiot trafił jednak m.in. dyrektora Polatowskiego. Jak jednak widać, wtedy siła zła fanów Zeptera była zbyt mała, by skończyło się na karach".