Sport.pl

Karkosik decyduje o Unibaksie. Przeciętność wykluczona

Dziś rada nadzorcza toruńskiego Unibaksu zadecyduje o przyszłości klubu żużlowego. Jego właściciel Roman Karkosik słowa dotrzymał - utrzymywał drużynę przez pięć lat. Pewny jestem jednego - w następnych drużyna będzie mocna, albo nie będzie jej wcale - pisze Paweł Rzekanowski
W środowisku przed panuje więcej optymizmu niż pesymizmu.

Trudno zakładać, by Unibax namawiał Darcy'ego Warda do rezygnacji z Grand Prix - co wydaje się być przesądzone - i miał uzgodnione wszystkie szczegóły kontraktu z Chrisem Holderem nie będąc jednocześnie pewny swojej stabilizacji finansowej. A tę zapewniają mu nie drobniejsi sponsorzy czy wpływy ze sprzedaży biletów, a kilka milionów zł rocznie z portfela Karkosika.

Słowa danego w listopadzie 2006 r. dotrzymał.

Pięć lat temu żużel w Toruniu był niczym na huśtawce nastrojów. Najpierw groził mu całkowity upadek. Później toruńskie pospolite ruszenie pozwoliło na skromne nadzieje na przetrwanie. Zwykła zrzutka - coś dała popularna sieć solariów, co nieco sieć sklepów spożywczych - dawała szansę na powstanie spółki akcyjnej, co było wtedy obowiązkiem. Kilka dni po ogłoszeniu, że żużel w mieście na skromnym poziomie uda się uratować, Toruń przeskoczył w inny świat.

Roman Karkosik wydał zimną jesienią 2006 r. oświadczenie, w którym zobowiązał się do utrzymywania drużyny przez pięć sezonów. Nowym prezesem został wtedy 26-letni Wojciech Stępniewski. Do kancelarii prawnej na Starówce, gdzie 13. listopada zatwierdzono powstanie żużlowego Unibaksu, wparował z wielkim impetem, energią i sporą pewnością siebie.

Jak wygląda żużlowy Unibax po pięciu latach od obietnicy Karkosika? Z PRL-owskiego budynku koło ul. Broniewskiego przeniósł się na Motoarenę, gdzie opływa w dostatki. Ma grupę 7-8 tys. stałych kibiców gotowych do przyjazdu na stadion niezależnie od dnia i klasy rywala i drugie tyle odwiedzające obiekt okazjonalnie. Pod względem kibicowskim było to pięć lat zmian. Widziałem w Toruniu żużlową społeczną euforię, widziałem też rozgoryczenie, zawód, odwrócenie się od zespołu. Była mozolna praca promocyjna, krótkotrwałe efekty - więcej kibiców na trybunach - i znów rozczarowanie słabym wynikiem w końcówce tego sezonu.

Sukces tych pięciu lat? Stabilizacja finansowa - podobno na takim poziomie, że klub miał w banku pozakładane lokaty, bo nie musiał obawiać się w przeciwieństwie do konkurencji o płynność finansową. Bogatemu oczywiście łatwiej - trudno, by klub należący do jednego z najbogatszych Polaków miał problemy z pieniędzmi. Tak czy inaczej - w żużlowy świat poszła fama, że w Toruniu płacą dobrze i na czas.

Porażka? Nie mam wątpliwości - transfery, które miały być tymi na miarę zdobycia mistrzostwa Polski.

Można zachwycać się przejęciem z Wrocławia odkrytego tam Chrisa Holdera albo znalezienie w Australii Darcy'ego Warda. Jednak większość angażowanych żużlowców mających być liderami zespołu zawodziła. Rok 2007 - przeciętny Matej Zagar, 2008 - nijaki Hans Andersen. Klub powrócił do niego w 2010 r. - efekty dalekie od ideału. 2011 - transferowa porażka pod znakiem Rune Holty i z brakiem rozwoju Michaela Jensena w tle. Unibaksowi zwykle przez te pięć lat brakowało małego, drobnego elementu, by zdobyć mistrzostwo - za wyjątkiem jedynego złotego sezonu 2008.

Nie wierzę w to, że Karkosik - wytrawny gracz giełdy - traktuje Unibax wyłącznie jak zabawkę, którą można czasami pochwalić się w środowisku. Jedna z osób, które znają go dość dobrze - choć sam raczej unika bycia w centrum zainteresowania - powiedziała mi niedawno, że to człowiek, który nie cierpi bylejakości. Lepiej, by czegoś w ogóle nie było, jeśli ma być, ale pozbawione klasy.

Dlatego jestem pewien, że w przyszłym sezonie Unibax albo będzie naprawdę mocny, albo nie będzie go w ogóle.

Czekamy na opinie

Jak torunianie oceniają pięć lat Karkosika w toruńskim żużlu? Najciekawsze opinie opublikujemy. E-mail: redakcja@torun.agora.pl

Więcej o: