Legenda polskiego żużla upokorzona na Grand Prix

Kilkanaście dni temu opisałem w ?Gazecie? jak toruński klub żużlowy - niestety - zignorował tradycję miejskiego żużla. Zrobił to ignorując pytania byłych zawodników Stali o bilety.
Na Motoarenie jest zbyt mało miejsca, by kilku 80-latków - dziś emerytów, których nie stać na wejściówki - mogło oglądać bezpłatnie mecze na stadionie. To przykre, choć rozumiem, że klub Unibax - jako spółka nastawiona na zysk - ma prawo patrzeć na żużel przez pryzmat komercji.

Być może uznano, że starsi panowie z Torunia na wejście na stadion nie zasługują, bo ich nazwiska mówią coś tylko nielicznym.

W tym kontekście zaskoczyło mnie to, co po sobotnim Grand Prix w Toruniu mówił Zenon Plech.

W komentarzu dla serwisu Sportowefakty.pl stwierdził: "To był dla mnie najbardziej upokarzający turniej GP. Zawieszkę pozwalającą na wejście na stadion dostałem od pana przewodniczącego GKSŻ Piotra Szymańskiego. Nie otrzymałem żadnego biletu na trybuny, ani gdziekolwiek. Nie wiem, czy to miało być moje uhonorowanie? Nic dla tego sportu nie zrobiłem? Jestem zaskoczony, że zostałem tak potraktowany. Na każdym przejściu miałem problem. Tędy nie puszczą, tam wyganiają. Nawet po zawodach, żeby normalnie zejść, były problemy".

Gorzkie to słowa, bardzo gorzkie.

Dla tych, którym się wydaje, że Plecha można ignorować krótki jego życiorys: 17 lat w polskiej lidze, trzykrotny indywidualny mistrz kraju, srebrny medalista mistrzostw świata z 1979 r. i brązowy z 1973. Na tego człowieka tłumy kiedyś reagowały równie szalenie, jak teraz na Tomasza Golloba i Jarosława Hampela.

A teraz proszę sobie wyobrazić zawody GP np. za 30 lat.

Gollob albo Hampel nie zostają zaproszeni na ważne zawody w Polsce. Nie dostają honorowego biletu, na stadionie są tylko dzięki temu, że ktoś - tu gratulacje dla Szymańskiego - miał klasę i oddał swoją przepustkę.

Bardzo gorzka wizja.